Strona główna Felietony wernisażowe Jednodniowa wystawa: event i wernisaż w jednym

Jednodniowa wystawa: event i wernisaż w jednym

Wernisażeria
0 komentarz
jednodniowa-wystawa-lukasz-stokowski-lions-estate

Jednodniowa wystawa w apartamencie Złota 3. Łukasz Stokowski podczas Open Day z Lions Estate.

Jak mawiał cesarz Oktawian August: „festina lente” lub „lepiej później niż brak wina”, jak mawiam ja. Tak więc w końcu jest nowy felieton wernisażowy, choć od wernisażu prac Łukasza Stokowskiego minął prawie tydzień. Jednak tyle czasu potrzebowałam, żeby dojść do siebie po przebywaniu w tak oszałamiającej przestrzeni i po niezwykłym pod wieloma względami wieczorze! Ta jednodniowa wystawa połączyła wszystko, co najlepsze, czyli i wernisaż, i event.

Nie mogłam doczekać się tego wernisażu przynajmniej z trzech powodów. Po pierwsze, chciałam zobaczyć na żywo obrazy Łukasza Stokowskiego. Po drugie, byłam bardzo ciekawa miejsca – rzadko u nas organizuje się wernisaże w innych miejscach niż galerie. Po trzecie – wiedziałam, że ta jednodniowa wystawa będzie niezapomnianym wydarzeniem, skoro organizatorem jest Eventage, genialna agencja eventowa. I piszę tak nie tylko dlatego, że właścicielką firmy jest moja  koleżanka, Małgorzata Mikulik, ale dlatego, że ona naprawdę jest świetna.

Z tego też powodu dzisiejszy tekst nie jest moim typowym felietonem wernisażowym. Jest zdecydowanie mniej obszerny i praktycznie oskrobany z dygresji. Mała liczba prac oraz fioletowo-różowe oświetlenie nie sprzyja za bardzo robieniu zdjęć, bo wszystkie wychodzą w kolorach śliwki w czekoladzie albo nawet i bez czekolady. Szkoda, bo na żywo obrazy Łukasza Stokowskiego są o wiele ciekawsze i bardziej wibrujące. Nie ma co narzekać na to eventowe oświetlenie, bo całe wydarzenie nie było typowym wernisażem, tylko jednodniową wystawą. I z tego powodu postanowiłam o nim napisać.

lukasz-stokowski-artysta

Prace z najnowszego cyklu Stokowskiego inspirowane Robertem Motherwellem i Franzem Klinem

Wernisaż Stokowskiego był częścią wydarzenia zorganizowanego dla Lions Estate, agencji nieruchomości klasy premium, najbardziej spektakularnych mieszkań w Warszawie. Od razu uprzedzam, że nie jest to artykuł sponsorowany, nad czym bardzo ubolewam: myślę, że jakoś szczególnie bym nie oponowała, gdybym w ramach barteru dostała lokal, w którym zorganizowano wernisaż.

Na Złotej wszystko złoto, co się świeci

A lokal ten jest spektakularny! Oszałamiający, ponad 200-metrowy dwupoziomowy penthouse w stanie deweloperskim, z przeszkleniami, wielkim tarasem z widokiem na ul. Złotą i Pałac Kultury oraz z wewnętrznym tarasem, a to wszystko w przeszklonej nadbudowie przedwojennej kamienicy!

wernisazeria-jednodniowa-wystawa

Dopiero na tym zdjęciu widać, jak oświetlenie przekłamywało kolory: z bieli (obrazu i mojej twarzy) robiło się indygo

O zorganizowanym w nim wydarzeniu należałoby raczej mówić jako o show, a nie tylko jako o wernisażu. Celem była nieformalna prezentacja nowego apartamentu w ofercie Lion Estate (cena ok 5 mln zł), w którym zaprezentowano prace Łukasza Stokowskiego, a także – na górnym poziomie – płaszcze i garnitury projektantki Chi-Chi Ude. Bogactwo żywych kolorów i kontrastowych wzorów idealnie trafia w moje potrzeby garderobiane. W czasach, gdy plac Trzech Krzyży nie był tak jak teraz obszarem nudnym i przystrzyżonym do dwóch sieciowych kawiarni, oprócz świetnych knajp znajdowała się przy nim Galeria Ethos. I to w niej pierwszy raz natknęłam się na płaszcze i garnitury Chi-Chi Ude.

jednodniowa-wystawa-chi-chi-ude

Etniczne płaszcze Chi-Chi Ude. Kolory musicie sobie wyobrazić

Podczas wernisażu na ul. Złotej, ze względu na to szalone światło tragiczne dla mody i sztuki, ale korzystne dla jednodniowych pokazów, kolory strojów były przekłamane, ale kroje – nadal w moim stylu. Zważywszy na moją liczbę i rodzaj wyjść tygodniowo, spokojnie mogłabym być ambasadorką Chi-Chi Ude.

Otwieram lodówkę, a tam lód i Łukasz Stokowski!

Jeśli chodzi o prace Łukasza Stokowskiego, to na wernisażu były nie tylko jego obrazy czy obiekty, lecz także… sprzęt AGD! W pierwszym pomieszczeniu witała gości chyba najbardziej medialna lodówka świata, czyli SMEG FAB z limitowanej edycji, za której wzór na drzwiach –  na zaproszenie firmy – był odpowiedzialny artysta, więc pomalował ją w charakterystyczne dla siebie kolorowe, abstrakcyjne mazy.

lukasz-stokowski-smeg

Lodówka SMEG FAB. Wzór na drzwiach: Łukasz Stokowski

Wysokość penthouse’a pozwoliła na ekspozycję w dwóch rzędach czterech dużych obrazów z cyklu “Rijad”, które chyba najbardziej przykuwały wzrok gości i zdominowały przestrzeń. Czarno-złoto-białe kwadraty o wymiarach 150 x 150 cm, w przeciwieństwie do pozostałych obrazów, jak na Stokowskiego były dość harmonijne i grzeczne, co nie znaczy, że nie ekspresyjne.

Popularność Łukasza Stokowskiego jako artysty wiąże się z faktem, że jego obrazy niczego nie udają, nie pretendują do bycia sztuką “najwyższą”; one są po prostu miłe dla oka i nieprzytłaczające, a paleta barw sprawia, że pasują do różnych wnętrz – i do eklektycznych, i do minimalistycznych. Nie każdy obraz musi skłaniać do refleksji i bladym świtem, wpół do kawy, budzić w patrzącym pytania egzystencjalne albo epistemologiczne. Niektórym rano wystarczy dekoracja, coś co mu się po prostu podoba, i nie wnika w całą resztę.

Pisałam już w jednym felietonie wernisażowym, że w Warszawie są różne obiegi sztuki, nie tylko pod względem gości czy miejsc wernisaży, ale tez i motywacji, dla których kupuje się określonych artystów.  I bardzo dobrze, nie ma co się pretensjonalnie nadymać jak po kwasie hialuronowym  i obrażać, bo w ten sposób jest miejsce dla każdego, a nikt nikomu na siłę nie wciska malarza, który mu się nie podoba. To znaczy, może i wciska, ale szczęśliwie za niekupienie obrazu nie idzie się do więzienia. Chociaż chwilami, jak tak obserwuję odbiór sztuki w Polsce, edukację, a właściwie jej brak, i świadomość społeczną, to może i szkoda, że brak inwestowania w dowolną oryginalną sztukę współczesną nie jest karany…

wernisazeria-lukasz-stokowski-malgosia-mikulik

Łukasz Stokowski, ja i Małgosia Mikulika (Eventage), a za nami cykl “Rijad”. Swiatlo jakie jest, każdy widzi

Wracając do obrazów Stokowskiego: pełne żółci i czerwieni albo różu i niebieskiego z zawsze obecną czernią i bielą, o mniej lub bardziej zamaszystych pociągnięciach pędzla sprawiają, że w zależności od nastroju odbiorcy mogą go uspokajać i pobudzać. Są na tyle abstrakcyjne i uniwersalne, że można w nich dopatrzeć się osobistych treści, projektowanych przez podświadomość.

Łukasz Stokowski swoje najnowsze prace podpisuje jako inspirowane Robertem Motherwellem oraz Franzem Klinem. I faktycznie, patrząc na jego obrazy trudno jest nie myśleć o tych dwóch malarzach. U Stokowskiego pojawiają się wyglądające na przypadkowe i nieco chaotyczne ruchy pędzla w stylu Kline’a, choć pozbawione jego dramatyzmu. Natomiast pewne elementy kompozycyjne oraz dobór kolorów odsyłają do prac Motherwella, szczególnie mam na myśli Western Air czy Yellow MusicMazy i kolory, kolory i mazy.

jednodniowa-wystawa

Praca z najnowszego cyklu Łukasza Stokowskiego

Cenię w Stokowskim, że jasno przyznaje się do inspiracji, a to w epoce artystów nurtu „Beki z młodej sztuki” jest rzadkością – owi „bekowicze” w najlepsze przerysowują obrazy znanych współczesnych malarzy takich jak Stock albo innych artystów z Galerii Google. Liczą na to, że komputerowe umiejętności reszty społeczeństwa ograniczają się do scrollowania Facebooka, a więc na pewno nikt nie znajdzie „pierwowzoru” dzieła.

Jednodniowa wystawa, czyli event i wernisaż w jednym. Trochę wino, trochę Moschino

Wernisaż pod każdym względem mnie zachwycił i zaspokoił potrzeby ducha oraz ciała. Doskonały catering Amber Room obejmował zarówno wytrawne tartinki, jak przepyszne słodkości (nie przyznam się, ile eklerek wchłonęłam!). Eleganccy kelnerzy dbali o to, żebyśmy mogli w spokoju rozmawiać i oglądać obrazy Łukasza Stokowskiego (oraz – a niektórzy przed wszystkim – apartament), więc niestrudzenie dbali o nasze kieliszki, krążąc dookoła stolika niczym elektrony dookoła protonu albo nastolatki wokół różowego płaszcza Moschino dla H&M. Wina – zresztą równie wspaniałego jak jedzenie – nie zabrakło, nawet ja to powiem – był ocean tanin.  Ostatnio rzadkość na wernisażach.

Jako że był to właśnie event, show z wernisażem, nie zabrakło też muzyki, a właściwie profesjonalnego duetu DJ-ów, który zaserwował miłe, a nie ogłuszające tło muzyczne. W pewnym momencie, gdy stałam zapatrzona w patio i padające płatki śniegu (tak było!!) do  moich uszu dobiegł kawałek „New York, New York”. I przepadłam. To przytłumione, lila-róż światło, szmery rozmów, roześmiane towarzystwo, barwne plamy obrazów Stokowskiego, kieliszki łapiące refleksy światła, magiczny Sinatra i jeszcze te płatki śniegu – to była jedna z chwil, które zostaną ze mną na zawsze. Bardzo bym chciała mieć jak najwięcej takich momentów zachwytu i epifanii. Najwidoczniej nie mnie jednej udzielił się ten niezwykły nastrój, jako że po chwili ludzie spontanicznie zaczęli tańczyć i fragment przyszłego salonu zamienił się w regularny parkiet pełen sunących par.

jednodniowa-wystawa-lukasz-stokowski

Tłumy gości na dole, kelnerzy, wielka przestrzeń loftowa i genialne schody. Gdyby nie ludzie, mogłabym tu mieszkać

Wyższa kultura (fizyczna)

Poza tym na wernisażu był jeszcze jeden element, który bardzo lubię: losowanie nagród! Uwielbiam wszelkie loterie, bo jednej z nich, mającej miejsce w Sopockim Domu Aukcyjnym w 2013 roku, zawdzięczam wspaniałą fotografię Wojciecha Plewińskiego, która wisi u nas w salonie. Tym razem wrzucenie wizytówek mogło zaowocować wyjściem z nagrodami partnerów wydarzenia, czyli głośnikiem Bang & Olufsen albo karnetem na siłownię Exuma Gym (nie żałuję, że go nie wygrałam, bo jedyna sytuacja, w której dobrowolnie dałabym się zagnać nawet na najbardziej wyjątkową siłownię na świecie, to zorganizowanie w niej wernisażu).

wernisazeria-lukasz-stokowski

Nie mogłam się powstrzymać przed wrzuceniem zdjęcia z widokiem na Centrum z tego wspaniałego, ogromnego tarasu apartamentu. Wernisaże w takich miejscach dostarczają mnóstwo wspomnień

Jeśli zaś chodzi o towarzystwo, to ze względu na fakt, że była to impreza z pogranicza biznesu, rynku nieruchomości i projektowania wnętrz, większość gości stanowili przedstawiciele tych branży. Nie widziałam nikogo ze środowiska sztuki, zauważyłam natomiast parę osób z kręgu aktorskiego.

Wernisaż był jednorazowym wydarzeniem. Zauważyłam, że  taka formuła staje się w Warszawie coraz bardziej popularna – dwa tygodnie temu byłam również na jednodniowej wystawie – wernisażu/ performansie w Kotłowni M25 na terenie Soho Factory. Jednak popularność nie oznacza, że każdy taki event można łatwo i perfekcyjnie zorganizować, bazując jedynie na efemeryczności i ekskluzywności imprezy. Również nawet najlepsze na świecie miejsce upatrzone jako pop-up galeria to za mało, jeśli reszta szwankuje. A niestety często tak się dzieje.

Zobacz też

Napisz komentarz

Wernisażeria, oprócz wernisaży i wina, potrzebuje ciasteczek. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko ciasteczkom. Zgadzam się Więcej