Strona główna Wernisaż wystawy Agnieszki Żak “Chusta i ornament a kultura i tradycja”, Galeria Sztuki Wystawa

Wernisaż wystawy Agnieszki Żak “Chusta i ornament a kultura i tradycja”, Galeria Sztuki Wystawa

Wernisażeria
0 komentarz

„Przepraszam,
że napisałem tak długi list, ale nie miałem czasu napisać krótszego” zaczął
kiedyś swoją korespondencję Pascal, i dziś czuję się takim Pascalem internetu. Nie
sądziłam, że wyjdzie mi tak długi felieton wernisażowy, więc musiałam go
skrócić. O 75%. Możecie odetchnąć głęboko jak pranajamscy neofici, bo choć będzie
w nim trochę o modzie to – jak zwykle – w kontekście wystawy. A bez niej
niemożliwe byłoby pisać o wernisażu Agnieszka Żak “Chusta i
ornament a kultura i tradycja”.

Galeria SztukiWystawa mieści się w zielonej, lekko omdlewającej części Żoliborza, w
kamienicy, z której historii mało kto zdaje sobie spraw, tak samo jak
istnienia… Żoliborza Magistrackiego. Znajduje się on przy Alei Wojska
Polskiego, zaprojektowanej w latach 20. XX wieku przez architekta Antoniego
Jawornickiego, który to był (współ)autorem najbardziej oszałamiających
koncepcji w Warszawie, m. in. przebudowy Ratusza, Placu Teatralnego, Bristolu,
Europejskiego, ukształtowania Osi Saskiej, a nawet otoczenia Pomnika Lotnika
Edwarda Wittiga, jednego z pierwszych takich obiektów w Europie.
Według
projektu Jawornickiego, Józefa Jankowskiego oraz Wacława Wekera przy Alei
Wojska Polskiego miało powstać Miejskie Osiedle Drobnomieszkaniowe, czyli 16
budynków z tanimi lokalami. Ostatecznie w latach 1927-1929 zbudowano zaledwie 3
i w jednym z nich, pod numerem 29, mieści się Galeria Sztuki Wystawa
.


Jeden z moich ulubionych obrazów.: “Chusta starożytna”. Mam słabość do złota w każdej postaci.
Podobno “Kiedy przemawia złoto, elokwencja jest bezsilna”, ale od razu widać, że Erazm z Rotterdamu nie był kobietą, bo nie pisałby podobnych rzeczy. U mnie elokwencja nigdy nie jest bezsilna, a lubię, jak złoto do mnie mówi.

 

Żoliborz Artystyczny oraz
artystyczny Żoliborz nieartystyczny

Chusta sama w sobie, jako obiekt, jest niezwykłym
źródłem inspiracji, więc wernisażem, który ma to słowo w tytule, byłam
podekscytowana jak otwarciem nowy restauracji z tajszczyzną. Chociaż mocno
akademicki tytuł wystawy z zadeptanym, nieco
archaicznym w tym kontekście spójnikiem „a” trochę mnie zniechęcał i
sprawiał, że mi rzęsy opadały.  
Ale
postanowiłam pojechać, tym bardziej, że
ruszam się w tamte
rejony jedynie w ramach wizyt na Żoliborzu Artystycznym, nowym osiedlu pełnym
sztuki poświęconej słynnym „żoliborzanom”. Jest m. in. rzeźba Kaliny Jędrusik autorstwa Maurycego Gomulickiego,  Jacka Żakowskiego i Zbyszka Kowalskiego czy
neon Krzysztofa Komedy Rafała Dominka, syna Olgi Wolniak, odpowiedzialnej za
opiekę artystyczną osiedla.
W kontekście wystawy
Agnieszki Żak o Wolniak nie wspominam przypadkowo, ponieważ często, gdy widzę
barwne i pełne ornamentów prace, które „oszukują” widza, mieszają porządki i
zamieniają obiekty przestrzenne na dwuwymiarowe obrazy, myślę o twórczości
właśnie tej artystki. Dywanów Olgi Wolniak nie położysz na podłodze, a chust
Agnieszki Żak nie zawiążesz na szyi, bo nie są tkaninami, lecz obrazami.
Gdy weszłam do Galerii Sztuki
Wystawa oniemiałam, widząc falujące i wylewające się z płócien chusty w
najprzeróżniejszych wzorach i kolorach! Poczułam się dziecko w sklepie z
cukierkami (albo dorosła na wyprzedażach na Moliera 2).
Obrazy Agnieszki Żak są we wszystkich
możliwych kształtach – są chusty w okręgu, prostokącie, pojawia się nawet jedna
miniaturka w kwadracie. Sama w sobie piękna, ale ja nie uznaję (oprócz ego) niczego
małego, bo mały obraz jest jak mały diament – nie sprawia mi żadnej przyjemności.


Pani kłamie, czyli
malarstwo iluzjonistyczne

Agnieszka
Żak oszukuje, i to zawodowo, fundując nam trompe l’oeil. Po francusku termin
ten oznacza „oszukiwanie oczu”, ale w języku polskim funkcjonuje jako malarstwo
iluzjonistyczne
(czy wspominałam już dziś, co myślę o polskich
tłumaczeniach?).
Obrazy
Agnieszki Żak są tak trójwymiarowe i hiperrealistycznie namalowane, że miałam
ochotę „macać” te chusty.  Jako osoba,
która ma gigantyczną, często uciążliwą na co dzień hiperestezję, byłam
przeszczęśliwa, obcując z tymi obrazami. Słyszałam ich szelest, czułam ich
zimno i fakturę materiału, gładkie przesuwanie się po skórze, mimo niedotykania
prac.




Obrazy
wyglądają, jakby artystka podrzucała chusty i malowała w chwili, gdy jeszcze
nie zderzą się z powierzchnią i są, niczym muchy w bursztynach, na zawsze
zatopione w wiecznym ruchu-nieruchu. Wspaniale prace, bardzo bym chciała mieć
jedną z takich „chust” na własność.

Chusty, ornamenty oraz święte
marki

Nie ma
kultury, która nie znałaby chusty, dlatego u Agnieszki Żak są nawiązania do
tradycji różnych epok, pojawiają się starożytność i współczesność; w tym
kultura indyjska, żydowska czy – nazwijmy to umownie – „europejska”.


chusty pojedyncze, chusty splecione, chusty jako część garderoby (sari), chusty
stricte 
ozdobne (apaszki), a nawet chusty modlitewne (tałes). Chusty ze strefy
sacrum i ze strefy profanum. Widząc tałesy, zawsze myślę o wernisażu
Litewskiego
Tałesu
, czyli mocno poruszającym i opowiadającym o losach Żydów cyklu
obrazów Evy Pohlke w Ambasadzie Republiki Litewskiej w Warszawie w 2014 roku.

W
liturgii żydowskiej tałes to szal noszony przez dorosłych mężczyzn w czasie
modlitwy i uroczystości. Tradycyjny wygląda jak u Żak, jest w kolorach flagi
Izraela: biały z niebieskimi pasami oraz gwiazdą Dawida. „Tałes” był pionowym
obrazem, który cały czas miałam ochotę przekręcić o 90 stopni. Wówczas, w
poziomie, miałby moim zdaniem jeszcze większą siłę rażenia jako wieloznaczny
opadający na ziemię (albo sięgający bruku) artefakt religijny.
Pojawia się
również prostokątna chusta w drobne, niebieskie paski, zdobiona zbliżonymi do
sanskrytu symbolami, czyli sari, noszone przez kobiety na subkontynencie indyjskim
. Sari
może występować we wszystkich kolorach, oprócz grantu z bielą, bo to połącznie Matki
Teresy jest znakiem towarowym jej zakonu Misjonarek Miłosierdzia. 
Symbolika powyższych
prac jest dosłowna i daje po oczach jak latarka strażacka, ale inne wymagają
finezji sapera. Wszystkie chusty bezwstydnie epatują ornamentami jak
podstarzała diwa i można świetnie się bawić, szukając tropów i dawnych, i
bardziej współczesnych, kojarzonych z określonymi domami modami (np. Louis
Vuitton czy Hermès) lub tradycyjnymi modowymi wzorami (klasyczne chusty Gucci
albo Versace).

Malarstwo jest jak romans: same kłamstwa, iluzje i złudzenia

Z kolei
obraz „Chustę z motywem ryb”, czyli przenikające się i połączone ze sobą niczym
Yin Yang ryby Koi, jest złudzeniem optycznym w najlepszym wydaniu. Nie dość, że
jak wszystkie obrazy Agnieszki Żak „oszukuje” trójwymiarowością i wrażeniem
falującej tkaniny, to z tymi rybami jest trochę jak z moimi torebkami: trudno
powiedzieć, ile faktycznie ich jest. Na pewno jest jedna niebieska (ryba, nie
torebka) i chyba dwie złote, przynajmniej taki otrzymuję wynik, bazując na
liczbie ogonów i głów. Natomiast początkowo wydaje się, że na pierwszym planie
znajduje się dwugłowy, niebiesko-złoty karp.

Kolejna zagadka wizualna: ile na obrazie widzisz ryb?

 

Może to nie
jest złudzenie tej miary, co np. w przypadku rysujących się nawzajem „Dłoni” Mauritsa
Cornelisa Eschera (1948), jednak patrząc na obraz Żak mózg głupieje i ma problem:
artystka tak maluje, żeby oszukać umysł, żeby widział trzy wymiary tam, gdzie
normalnie są dwa. W makijażu to się nazywa konturowanie twarzy.
Kontemplacja
obrazu „Trzy chusty w okręgu” również grozi szlachetnym nystagmusem. Nie tylko
z powodu nagromadzenia kolorów i wzorów, lecz także  – jak w pracy „Chusty w motyw ryb” – z wywołanego
złudzenia, że chust jest o wiele więcej, niż sugeruje to tytuł, co nadal brzmi
jak liczenie moich torebek.
1 z 2 czerwonych chust, zbliżenie na fragment z kobietami.

Bardzo
ciekawe są uwielbiane przeze mnie „bliźniacze” obrazy – dwie czerwone chusty,
na pierwszy rzut oka będące odbiciami lustrzanymi, ale po chwili widz orientuje
się, że są to całkiem różne kompozycje. Te chusty są szalenie ciekawe i
inspirujące, Święta Sztalugo, czego tam Agnieszka Żak nie umieściła! Tam jest
WSZYSTKO, cała nasza kultura, kobiety prezentujące różne role społeczne (można
dopatrzeć się m. in. pielęgniarki, biznesmenki, gospodyni domowej), lew Versus Versace
oraz klasyczne ornamenty, czyli najbardziej rozpoznawalne, uniwersalne
„apaszkowe” wzory.

 

Torebka i postkolonializm, czyli jak świat podrabia czyste sumienie

Ale crème
de la crème
, czy raczej: châle de le châle, to okrągły różowy obraz,
zatytułowany po prostu: „Chusta mapa – okrągła”. Faktycznie jest to mapa
świata, na której granice chust są zarazem granicami poszczególnych
kontynentów. Jednak podział ten jest umowny, ponieważ cały świat – i ziemia, i
woda – jest dosłownie „zalany” logotypami przypominającymi wzór Monogram
Canvas
LV. Albo jeszcze inaczej: chociaż poszczególne grupy społeczne czy
„kontynenty” są od siebie oddzielone, łączy je jedno: logo Louis Vuitton.
Obraz może symbolizować konsumpcyjność, pazerność i płytkość naszego świata, niewiedzącego
nic poza sferą materialną, w którym najbardziej cenioną wartością jest
obrandowanie się od góry do dołu i świecenie niczym latarnia morska wyłącznie
logotypami, niepołączonymi z niemodnym intelektem (interpretacja pesymistyczna).
Ale może też symbolizować fakt, że chociaż jesteśmy tak rożni, to jednak w
pewien sposób podobni i cały współczesny świat łączy ten sam kod kulturowy
(interpretacja optymistyczna).
“Chusta mapa – w okręgu”. Uwielbiam interteksty kulturowe, te wszystkie cytaty, plagiaty, nawiązanie i przeróbki.

Ta chusta
przypomniała mi genialną pracę, którą widziałam w zeszłym roku w Rzymie na
wystawie „African Metropolis. Una città immaginaria” („Metropolia afrykańska.
Wyimaginowane miasto”), w tak lubianym przeze mnie MAXXI Muzeum Sztuki
Współczesnej. Była to gigantyczna fotografia „Le Marchand de Venise”, czyli
„Kupiec z Wenecji”. Jej pochodzący z Angoli autor Kiluanji Kia Henda, którego
jedna z prac (tryptyk zdjęć „Przedefiniowanie władzy III”) znajduje się w
kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, bierze na tapetę ciężar, jakim jest dyskurs postkolonialny i pamięć zbiorowa, ale prezentuje go we
współczesnej, dość mocno ironicznej formie (wedle mojego credo
życiowego: im bardziej tragicznie, tym bardziej komicznie).

„Le Marchand de Venise” – zdjęcie zdjęcia podczas wystawy w MAXXI.
Fotografia
prezentowana w MAXXI przedstawia senegalskiego muzyka, który jest współczesnym
„kupcem z Wenecji”, czyli sprzedawcą podrobionych torebek najbardziej
rozpoznawalnych marek. Kia Henda wali nas po głowie historią i przypomina, że
sorry, ale to miasto zostało zbudowane dzięki takim „kupcom”, czyli dawnym
afrykańskim niewolnikom. Jednocześnie kolorowa, pasiasta szata sprzedawcy z
jednej strony w swoim bogactwie przypomina Szekspirowskiego kupca, a z drugiej
nawiązuje do afrykańskiego stroju ciemnoskórego mężczyzny z „Wieczerzy w Emaus”
(1506 roku) Marca Marzialego, brazu znajdującej się w kolekcji Gallerie
dell’Accademia – niespodzianka! – w Wenecji.

 

Chusty i apaszki: od ulicznika do lwa salonowego

Co to jest
apaszka, każdy wie: złożona w trójkąt chusta, ale jako odmianę apaszki uznaje
się również fular czy gawroszkę. Chociaż obecnie fular utożsamiany jest z miękką
chustką noszoną przez mężczyzn pod szyją, w rzeczywistości jest to jedwabny czy
półjedwabny materiał, z którego dawniej szyto m. in. suknie. Pradziadkiem
krawata noszonym jeszcze przed fularem, czyli w XVIII i XIX wieku, był halsztuk:
trójkątna biała lub kolorowa chusta, widoczna np. na portrecie Tadeusza
Kościuszki Józefa Grassiego (1792).
 Z kolei gawroszka, najczęściej ręcznie
malowana, swoją nazwę wzięła od Gavroche’a, „ulicznika literackiego” z
„Nędzników” Victora Hugo (1900). Geneza apaszki jest równie mało elegancka – w
drugiej połowie XIX wieku nosili ją paryscy robotnicy, a sama nazwa pochodzi od
elementu kreacji apasza, czyli… bandyty. Definicję apasza – poza Leopoldem
Tyrmandem w „Złym” – najlepiej wyśpiewał Stanisław Grzesiuk w „Synu ulicy” („Syn ulicy, przeklęty apasz, zbój, który od najmłodszych lat postrach
siał, rabował, kradł”).
Mimo apasza
apaszka już wcześniej, bo w międzywojniu, stała się najpierw dodatkiem do
kobiecego stroju sportowego, a dopiero gdy Hermès w 1937 roku, sto lat po powstaniu
samej marki, wyprodukował swój pierwszy model, z miejsca awansowała do luksusowego
elementu stroju do jazdy samochodem. I od tego pomysłu Robert Dumasa (zięć
wnuka dziadka-założyciela Thierry’ego Hermèsa) kawałek jedwabiu przestał być
zwykłym kawałkiem jedwabiu, a stał się ikoną oraz – dzięki Grece Kelly, Audrey
Hepburn czy Brigitte Bardot – mitem kulturowym.
Niedawno
doświadczyłam kolejnego w moim życiu dysonansu poznawczego, ponieważ
dowiedziałam się, że w sezonie wiosna/lato 2019 chusta zawiązana pod brodą w
stylu lat. 50 to „chustka babushka” (pisownia oryginalna, Poglish welcome to).
Ni to rosyjska babuszka, ni to Kate Bush – oto kolejny z powodów, dlaczego wolę
„Czarodziejską Górę” od prasy kobiecej.
Całkowicie moja chusta z serii “Animapolis”.
Wersja kolorystyczna: fuksja, żółty, jasnozielony

Nazywanie
klasyki Hollywood chustką babuszki wydało mi się o tyle śmieszne, że już w 2014
roku w Gdańsku, w ramach współorganizowanego przez Centrum Sztuki Współczesnej
Łaźnia Festiwalu Wilno, w Galerii Miejskiej był wernisaż wystawy litewskiej
artystki Egle Ridikaite „Dziedzictwo. Babcina chusta”. Szach-mach,
insta-babuszki!

 
W tym roku
sztuka łączy się z modą w jeszcze inny sposób: Jan Bajtlik, polski plakacista i
ilustrator, zaprojektował dla Hermèsa dostępną w kilku wariantach kolorystycznych surrealistyczno-bajkowo-zwierzęcą chustę „Animapolis” z elementami Warszawy (Pałac Kultury), Moskwy (Kreml), a nawet Paryża (sklep
Hermèsa). A teraz – kolekcja jesień / zima 2019 – nie mniej piękną chustę “
2 “Cosmographia Universalis”, na podstawie drzeworytów z XVI-wiecznej księgi kosmografa Sebastian Münstera.

Zombie w malarstwie: ożywiona
martwa natura

W malarstwie
wierne odzwierciedlenie tkaniny, niezależnie czy chust, draperii, zasłon bądź –
typowych zwłaszcza dla martwych natur – obrusów, jest wyzwaniem wielkim jak
bagażnik w Range Roverze.
Co to jest
martwa natura każdy wie: nic, co nie jest żywe (już albo nigdy nie było).
Po karierze
w antyku jako motyw dekoracyjny, w średniowieczu i renesansie martwa natura
została wstydliwie upchnięta na strychu sztuki i sięgano po nią jedynie
kontekstowo: konkretne obiekty pełniły funkcję użytkową i jako rekwizyty
wnosiły symboliczne i metaforyczne znaczenie do obrazów, ich drugie, trzecie i
czwarte dno. Przez kilka wieków martwa natura leżała odłogiem jak dawno
niemodna sukienka i „odkryto” ją ponownie dopiero w Niderlandach na przełomie
XVI/XVII. To dopiero prawdziwy vintage.
 
Sam termin,
w holenderskim oryginale „stilleven” („nieruchome życie”), pojawił się dopiero w
drugiej połowie XVII wieku. W niemieckim („Stillleben”) i w angielskim („still
live”) oznacza to samo, dopiero Francuzi popłynęli z
kreatywnością jak z bourdaux i ich wersja, czyli „nature morte”, na fali
ówczesnego polskiego zachwytu makaronizmami, osiadła w naszym języku. Wolałabym
„nieruchome życie” niż „martwą naturę”, ale ludzi w Baroku mało by interesowało
moje zdanie. Jesteśmy w całkiem doborowym towarzystwie, jeśli chodzi o
lingwistyczne zabicie nieruchomego życia, bo wyrażenie „martwa natura”
funkcjonuje też w języku rosyjskim, chorwackim, litewskim, włoskim, greckim czy
tureckim.

Reanimacja martwej natury,
podejście drugie

Dopiero w
XVII wieku martwa natura przestała być elementem innych dzieł sztuki, a
ukonstytuowała się jako niezależna kompozycja. Tym samym artyści tworzący przed
końcówką XVII wieku nawet nie wiedzieli, że malują martwą naturę. Takie życie.
Jacopo de’ Barbari, „Martwa natura
z kuropatwą i żelaznymi rękawiczkami”
Pochodzący z
1504 roku obraz autorstwa Jacopa de’ Barbariego „Martwa natura z 
kuropatwą i
żelaznymi rękawiczkami” (szałowe były te tytuły, brzmiały jak nazwy
futurystycznych poematów) podaje się jako pierwszy przykład martwej natury
potraktowanej jako samodzielny temat. Co oczywiście też jest naciągane jak
czółko Nicole Kidman, bo zalążki martwej natury pojawiły się już 10 lat
wcześniej w „Dwóch damach weneckich” (o wyjątkowo przyciężkawym wzroku),
obrazie innego Włocha – Vittore’a Carpaccio (bardzo medialne nazwisko dla
autora prawie pierwszej oficjalnej martwej natury).
Oczywiście
za czasów Barbariego nie było jeszcze terminu „martwa natura”, zachwycano się
tym obrazem jako pierwszym od starożytności przykładem trompe l’oeil. Po
Barbarim temat stał się chodliwy i wielu innych włoskich artystów tworzyło już
– choć nadal o tym nie wiedząc – martwe natury, jak na przykład Caravaggio.
Jego „Kosz z owocami” (1596) podaje się jako przykład czystej, maksymalnie
naturalistycznie oddanej martwej natury. Pamiętam, że gdy oglądałam go w
Pinakotece w Mediolanie, myślałam o tym, że po wizycie w Galerii Borghese w
Rzymie wiem, że Caravaggio już wcześniej miał słabość do koszy owoców, co widać
na obrazie o jakże oczywistym tytule „Chłopiec z koszem owoców” (1593), bo do
samych owoców to i w „Chorym Bachusie” z tego samego roku. Każdy ma swoje
zboczenia.

 

Caravaggio, “Kosz z owocami”

Przed
Caravaggiem – poza Niderlandami – uważano, że malowanie martwej natury to
obciach, poważny artysta maluje tematykę historyczną, religijną, portrety
ówczesnych VIP-ów, a nie jakieś tam owocki, które i tak zgniją, bo w końcu vanitas
vanitatum
.

W XVII wieku
martwe natury zaczęto malować bez sumitowania się, że nie wypada, a dwa wieki
później, tym razem Paul Cézanne ponownie „odkrył” ten temat. Mówiąc w skrócie:
ożywił martwą naturę, ale po swojemu. Wzgardził wiernym oddaniem, przeterminowaną
renesansową, statyczną perspektywą oraz zaczął bawić się kontrastami faktur,
fałdami tkanin zestawionymi z okrągłością owoców i tak dalej, przygotowując jak
ratrak szlaki dla kubistów.
Pablo Picasso, “Martwa natura z kompotem i szklanką”

Już Józef
Pankiewicz w „Martwej naturze z nożem” (1909) inspirował się uproszczeniem i
lekką bryłowatością obłości Cézanne’a, ale w tej swojej „awangardzie” był
bardzo klasyczny. Porównajcie to z „Martwą naturą z kompotem i szklanką” Pabla
Picassa (1914/1915) i spróbujcie znaleźć na tym obrazie obrus. Już nie tak
prosto, co?


Niemartwa natura, czyli
sztuka, która żyje i oddycha

Rozpisałam
się o martwych naturach, bo one najpełniej muszą oddać wrażenie
trójwymiarowości czy – w przypadku owoców – wręcz „kulistości”.  Obrazy Agnieszki Żak są nie tylko
trójwymiarowe, one wręcz falują, pulsują, żyją własnym życiem. W jej przypadku
należałoby mówić o „żywej” materii, „żywych” obrazach; masz wrażenie, że gdy
podejdziesz wystraczająco szybko i blisko, zdążysz usłyszeć szelest opadającego
materiału.

 

Trudno pisać
o przestrzennych pracach Żak, bo one mniej opowiadają, a bardziej oddziałują.
Na nie trzeba patrzeć, a nie o nich myśleć; je trzeba wchłaniać, a nie
rozumieć. Mając przed oczami chustę Hermḗsa nie myśli się o jej wadze (choć ta
jest powszechnie znana), a jedynie rozkoszuje się dotykiem, lekkością i
pięknem. Obrazy Agnieszki Żak oślepiają kolorami, fakturami, symbolami, patrząc
na nie, miałam ochotę kręcić się dookoła własnej osi jak instagramerka przed
lustrem i w takim szaleńczo-zmysłowym wirze pozwolić im wszystkim przed moimi
oczami złączyć się w jedną wielką, kolorową, pulsującą własnym tętnem smugę.
Ja na tle mojego ulubionego obrazu. Nie chcę nic sugerować, ale naprawdę do siebie pasujemy…

***

Tego dnia źle
się czułam i nie mogłam spędzić w galerii tyle czasu, ile bym chciała.  Na

miejscu było mało znajomych, ponieważ
zjawiłam się późno, więc większość z nich poleciała już na kolejne wernisaże.

Sama Galeria
Sztuki Wystawa nie jest za duża, ale doskonale doświetlona i ma na podłodze
uroczą szachownicę. W środku niepodzielnie panował szalony wiatrak, który nie
dość, że mi prawie przewiał zatoki, to nieomalże udało mu się je wywiać na
pobliski Plac Inwalidów.
Mimo nasilonej tego dnia mojej fobii społecznej inni goście dopisali.

Ponieważ
aktualnie nadal nie mogę pić wina i cierpię, maniakalnie zwracam uwagę na to, co
galerie serwują jako napoje uszkodzone, tj. bezalkoholowe – większość
pozbawioną nawet listka mięty czy plasterka cytryny wodę albo rozpuszczony
cukier o smaku owocowym, czyli tzw. napój sokopodobny. 

Koszmar, nikt nie myśli
o gościach, którzy nie piją alkoholu. Halo, Galerzyści, apeluję o wprowadzenie softów!
 

Tym razem raczyłam się wodą (z wodą), ale
przynajmniej ciekawie serwowaną: były to najweselsze kubki na świecie – w
kolorowe kropeczki, to chyba na osłodę mojej niedoli.

Na pewno
bardzo chętnie przyjdę do Galerii Wystawa Sztuka na kolejną wystawę, ale pod
warunkiem, że wiatrak będzie skazany na banicję.

0 komentarz
0

Napisz komentarz

Wernisażeria, oprócz wernisaży i wina, potrzebuje ciasteczek. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko ciasteczkom. Zgadzam się Więcej