Henri Rousseau nigdy nie widział prawdziwej dżungli, a mimo to stworzył jedne z najsłynniejszych tropikalnych pejzaży w historii sztuki. Wystawa „Henri Rousseau, l’ambition de la peinture” w Musée de l’Orangerie w Paryżu pokazała, jak paryski urzędnik bez wykształcenia artystycznego stworzył własny, niepodrabialny styl. Dzisiaj pewnie ktoś próbowałby mu wytłumaczyć, że malowanie tygrysów atakujących ludzi jest oznaką tłumionej agresji. A on po prostu bardzo lubił liście.
Spis treści
Na wystawie „Henri Rousseau, l’ambition de la peinture”, gromadzono na niej około 50 dzieł Rousseau z najważniejszych publicznych i prywatnych kolekcji. Po raz pierwszy zestawiono ze sobą dwa największe muzealne zbiory jego malarstwa – kolekcję Musée de l’Orangerie w Paryżu oraz Barnes Foundation w Filadelfii. Pokazano też obrazy, które od bardzo dawna nie były prezentowane obok siebie, a część z nich w ogóle po raz pierwszy w historii znalazła się na jednej wystawie. Nie ma jak spotkanie integracyjne z ponad stuletnim poślizgiem.

Ekspozycja składała się z siedmiu części: „Ja sam, malarz”, „Rousseau i jego krąg. Wynalezienie portretu-pejzażu”, „Wariacje i odmiany. W poszukiwaniu rynku”, „Aspiracje do malarstwa oficjalnego”, „U źródeł stylu”, „Własny styl” oraz „Obrazy-manifesty”.

Henri Rousseau – od paryskiego urzędnika do ambitnego malarza
Wszystkie części pokazywały, jak Rousseau – wcześniej urzędnik paryskiego „octroi”, czyli miejskiego urzędu pobierającego opłaty od towarów wwożonych do Paryża – krok po kroku budował własny język malarski i pozycję artysty. Nie był celnikiem granicznym w dzisiejszym znaczeniu, chociaż to właśnie od tej pracy wziął się jego przydomek „Le Douanier”, czyli „Celnik”. Kapitalny jest obraz „Rogatka miejska”, na którym Rousseau nie przedstawił konkretnego punktu poboru opłat, ale są fortyfikacje, słupki i umundurowane postacie bezpośrednio związane z jego ówczesnym zajęciem. Tak mu jakoś zleciały 22 lata, ale w wolnych chwilach malował w pracy. Gdyby wtedy istniał Teams, pewnie nigdy nie stworzyłby swoich słynnych dżungli, bo każdą wolną chwilę spędzałby na spotkaniach online.

Szalenie podobało mi się, że na wystawie przedstawiono Rousseau nie jako naiwnego amatora coś tam paciającego sobie po godzinach, tylko jako świadomego, ambitnego artystę, który – mimo braku formalnego wykształcenia – przez lata tak długo testował różne gatunki, aż stworzył własny styl, natychmiast rozpoznawalny. Myślisz dżungla – widzisz obraz Rousseau. Ewentualnie ofertę podróży do Kambodży Itaki.

Od portretów po politykę, czyli Rousseau maluje wszystko
Około 50 obrazów zgromadzonych na wystawie pokazywało, że Rousseau próbował swoich sił niemal we wszystkim – od portretów i martwych natur po pejzaże miejskie i malarstwo historyczne. Zanim stworzył swoje słynne dżungle, zdążył więc namalować kawał świata, którego wcale nie trzeba było szukać w tropikach.

Samouk Rousseau szukał swojego stylu, jednocześnie próbując zdobyć uznanie instytucji i znaleźć dla siebie miejsce na rynku, dlatego brał udział w konkursach, zabiegał o zakupy do państwowych kolekcji i tworzył obrazy przeznaczone dla różnych odbiorców – rozrzut chłopak miał niemożebny. Malował portrety osób ze swojego otoczenia (np. „Bryczka ojca Juniera”), modeli, których tożsamości do dziś nie udało się ustalić (np. „Portret pani M.”), martwe natury (np. „Dalie i stokrotki w wazonie” czy „Różowa świeczka”), pejzaże (np. „Klif”) oraz pejzaże miejskie (np. „Fabryka krzeseł w Alfortville” czy „Widok na wyspę Świętego Ludwika z mostu Henryka IV”, której to wyspy zdęcie zrobione podczas mojego wczorajszego spaceru po Paryżu wrzuciłam w stories).


Malował też obrazy z kategorii: bez kategorii, takie jak „Posiłek królika”, uroczy zajęczak jest otoczony marchewkami i liśćmi sałaty. Jak widać Rousseau nie ograniczał się do jednego gatunku. W sumie nie ograniczał się właściwie do niczego.

Tym bardziej, że pojawiają się u niego nawet wątki polityczne, np. w „Artylerzystach” czy w obrazie o szałowym tytule „Przedstawiciele obcych mocarstw przybywający złożyć hołd Republice na znak pokoju”. Spotykają się na nim politycy i dygnitarze z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, a wokół pomnika Marianny – symbolu Republiki Francuskiej – tańczą paryżanie.

Zabawne, że u Rousseau przeoczenie ludzi nie jest jakimś szczególnie wielkim wyzwaniem – tak jak chociażby w przypadku obrazu „Brzegi Bièvre w pobliżu Bicêtre”, na którym w pierwszym momencie między gigantycznymi drzewami trudno zauważyć czworo spacerowiczów. Trzeba dobrze się przyjrzeć, żeby namierzyć maleńkie postaci, a tym bardziej żeby zobaczyć, co one właściwie robią. Prawie jak u Boscha, tylko bez tej całej piekielnej imprezy: u Rousseau nikt nie ma lejka na głowie, nikt nie wygląda jak dzban na nogach, a tym bardziej nie ma w tułowiu urządzonego baru, w którym diabły robią za kelnerów, a w menu są ropuchy. Chociaż akurat to ostatnie byłoby bardzo francuskie.

Dżungle Henri Rousseau, których nigdy nie widział
Przedostatnią część wystawy, „Własny styl”, poświęcono słynnym dżunglom Rousseau. Pokazano m.in. „Las tropikalny z małpami”, „Zwiadowców zaatakowanych przez tygrysa” czy „Pejzaż egzotyczny z gorylem atakującym człowieka”. Artysta nigdy nie widział prawdziwej dżungli, malował ją na podstawie roślin oglądanych w Jardin des Plantes, wypchanych zwierząt, ilustracji prasowych i własnej wyobraźni. Dlatego te obrazy są tak dekoracyjne, nierzeczywiste i mocno teatralne – pełne ogromniastych liści, czających się w gąszczu zwierząt i scen jak ze snu o egzotyce. Momentami bardziej koszmaru, bo chyba mało kto marzy o wyjedźcie w tropiki z takimi atrakcjami. Może i all inclusive zawiera wszystko, ale niekoniecznie atak goryla, lamparta czy innego rezydenta dżungli.

Jednak chyba jeszcze bardziej od dżungli lubię jego dziwne, baśniowe lasy – jak w „Kobiecie spacerującej po egzotycznym lesie”, który to obraz widzicie za mną, czy w „Wieczorze karnawałowym” z Pierrotem i Kolombiną stojącymi pośród drzew tak nieruchomo, że wyglądają jak wklejeni do lasu. Całość jest niby znajoma, a jednocześnie lekko upiorna dzięki tym kompletnie od czapy kostiumom (stroju leśnika to one nie przypominają), niepokojącemu bezruchowi, czarnym, złowrogim drzewom oraz ledwie widocznej postaci obserwującej parę z ukrycia. Jakbyście mieli problem z namierzeniem jej – czai się pod markizą. Mówiłam, że bez powiększenia do Rousseau nie podchodź.

Portret-pejzaż – malarski wynalazek Henri Rousseau
Na wystawie pokazano nie tylko jedne z jego najsłynniejszych obrazów, m.in. „Głodnego lwa rzucającego się na antylopę”, „Zaklinaczkę węży”, „Niemiłą niespodziankę” czy „Śpiącą Cygankę”, ale i wiele portretów-pejzaży, to jest wynalezionego przez niego gatunku. U Rousseau to nie jest po prostu „człowiek na tle natury”, ale portret, w którym otoczenie przekazuje dodatkowe informacje o przedstawionej osobie. Innymi słowy: drzewo jako dekoracja – nie; drzewo, które opowiada o życiu, tożsamości i ambicjach portretowanego – sadzimy.

O co dokładnie chodzi w tym gatunku świetnie widać w autoportrecie Rousseau „Ja sam, portret-pejzaż”. Przedstawił tam siebie jako malarza z niezbędnymi rekwizytami – paletą, pędzlem i beretem, a nawet akademickim odznaczeniem przypiętym do klapy marynarki – na tle symboli Wystawy Światowej z 1889 r.: międzynarodowych pawilonów, unoszącego się balonu i świeżutkiej wieży Eiffla. Czyli całego zestawu znaków, które mówią: jestem artystą nowoczesnego świata, należę do współczesnego Paryża i proszę traktować mnie poważnie. Kiedy „Ja sam, portret-pejzaż” pokazano na Salonie Niezależnych, krytykowano proporcje postaci. Niezła ironia losu, bo w 1923 r. to właśnie ten obraz stał się jednym z pierwszych dzieł artysty, które trafiły do muzealnej kolekcji. Najpierw problemem były proporcje, później problemem byłoby nie mieć tego obrazu w kolekcji. Jak to zwykle bywa, ostatecznie najbardziej nieproporcjonalna okazała się ocena krytyków.

Z kolei w portrecie-pejzażu „Przeszłość i teraźniejszość albo Myśl filozoficzna”, powstałym z okazji drugiego małżeństwa Rousseau, para stoi na tle drzew, przed nimi majaczą jakieś krzaczki, a nad nimi, w chmurach, unoszą się twarze zmarłych małżonków: pierwszej żony artysty Clémence Boitard oraz pierwszego męża Joséphine Noury. Celowo wyglądają niczym zjawy, ponieważ nawiązują robiących wówczas furorę fotografii spirytystycznych. Dzięki temu krajobraz nie jest dekoracją w stylu: trochę zieleni i zachmurzone niebo, tylko dopowiada historię życia i małżeństwa portretowanych. To taki odpowiednik naszego dzisiejszego: zdjęcia byłych trzymam w chmurze.

Mogłabym długo pisać o Rousseau, bo bardzo go lubię. Na tylu jego wystawach już byłam, a i tak zawsze coś nowego zobaczę. O jednej z nich – „Du Douanier Rousseau à Séraphine. Les grands maîtres naïfs” w Musée Maillol w Paryżu – pisałam już 7 lat temu.

Najważniejsze informacje o wystawie „Henri Rousseau, l’ambition de la peinture”
Gdzie: Musée de l’Orangerie, Paryż
Do kiedy: 20 lipca 2026 r.
Liczba dzieł: około 50 obrazów Henriego Rousseau
Kuratorzy: Christopher Green, Nancy Ireson i Juliette Degennes
Najczęstsze pytania o wystawę „Henri Rousseau, l’ambition de la peinture”
Gdzie i do kiedy można było zobaczyć wystawę „Henri Rousseau, l’ambition de la peinture”?
Wystawa była prezentowana w Musée de l’Orangerie w Paryżu od 25 marca do 20 lipca 2026 r.
Co można było zobaczyć na wystawie Henriego Rousseau w Musée de l’Orangerie?
Około 50 dzieł z najważniejszych kolekcji publicznych i prywatnych, m.in. portrety-pejzaże, pejzaże miejskie, martwe natury, sceny polityczne oraz słynne dżungle Rousseau. Po raz pierwszy zestawiono najważniejsze zbiory jego malarstwa z Musée de l’Orangerie i Barnes Foundation.
O czym była wystawa „Henri Rousseau, l’ambition de la peinture”?
Ekspozycja pokazywała Rousseau jako ambitnego i świadomego artystę, który mimo braku akademickiego wykształcenia przez lata rozwijał własny język malarski, zabiegał o uznanie instytucji i szukał miejsca na rynku sztuki.
Czy wystawa Henriego Rousseau była ułożona chronologicznie?
Nie. Wystawę podzielono tematycznie na siedem części dotyczących m.in. portretu-pejzażu, poszukiwania rynku, aspiracji do malarstwa oficjalnego, źródeł stylu oraz słynnych dżungli Rousseau.

