Wystawa „Łazienki w zachwycie” w Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie.
Objęłam patronat nad zachwycającą, wielozmysłową i interaktywną wystawą „Łazienki w zachwycie” w Podchorążówce w Łazienkach Królewskich. To ekspozycja działająca na wszystkie zmysły, łącząca naturę, muzealne zabytki, ludzi i najnowsze technologie. Trochę zabrzmiałam jak ubiegłowieczna reklama Nokii: Nokia. Connecting people. Trudno. Ja też urodziłam się w ubiegłym wieku.
Krótko o wystawie „Łazienki w zachwycie”
Wystawa czasowa „Łazienki w zachwycie” w Podchorążówce to interaktywna, wielozmysłowa ekspozycja, w której zabytki ze zbiorów Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie spotykają się ze współczesnymi instalacjami i działaniami angażującymi zwiedzających. Z tą wystawą trzeba wchodzić w relację – dotykać, słuchać, wąchać, macać. Nie ma lenienia się.
„Łazienki w zachwycie” składają się z 10 części tematycznych – 10 powodów do zachwytu w Łazienkach. Są to: zapach, sztuki wizualne, literatura, teatr, muzyka, relacje, sen, jedzenie, natura oraz ruch. Każda z części pokazuje inny kontekst zachwytu nad Łazienkami, łącząc historię z teraźniejszością.
Przestrzenie wypełniają obrazy, meble, ryciny, instrumenty, rzeźby, porcelana, fotografie i filmy – głównie ze zbiorów Łazienek Królewskich – a także obiekty współczesnych artystów stworzone specjalnie na tę ekspozycję Można tu również zostać sową. Choćby z tego powodu warto zobaczyć tę wystawę.
Spis treści

Historia Łazienek Królewskich – od barokowej łaźni do klasycystycznej rezydencji
Chociaż Łazienki Królewskie najbardziej kojarzą się ze Stanisławem Augustem, to nie on je stworzył. Już w XVII w. Stanisław Herakliusz Lubomirski na terenie dawnego Jazdowa zbudował barokowy pawilon ogrodowy z łaźnią. Była to jego villa suburbana, choć dziś słowo „podmiejska” zabawnie brzmi w kontekście kilkudziesięciu hektarów niemal w centrum Warszawy. Faktycznie, wiocha niemożebna.
O historii Łazienek od XIII w. wzwyż pisałam w felietonie o Stanisławie Herakliuszu Lubomirskim, więc przeskakujemy do 1764 r., kiedy Stanisław August kupił teren za 1 100 000 złotych (nie wiem, ile to wówczas było, ale w 2026 t. tyle średnio kosztuje kawalerka w Warszawie). Postanowił urządzić letnią rezydencję w klimacie zupełnie innym od oficjalnej siedziby w Zamku Królewskim. Chciałabym mieć takie dylematy – latem zamek jest za sztywny, potrzebuję czegoś nad wodą.
Zgodnie z życzeniem króla barokowy pawilon Łaźni przebudowano na klasycystyczny Pałac na Wyspie. Za projekt odpowiadał włoski architekt Dominik Merlini (to on przebudowywał wnętrza „sztywnego” Zamku Królewskiego), współpracował z nim polski architekt i dekorator wnętrz Chrystian Kamsetzer, a autorami dekoracji malarskich i rzeźbiarskich byli m.in. Marcello Bacciarelli i Jan Bogumił Plersch.
Po akcji budujesz-remontujesz-urządzasz rodzina królewska zamieszkała w Białym Domu, wyżsi urzędnicy w Pałacu Myślewickim, służba w Oficynie, zaś Stanisław August w Pałacu na Wyspie. Jednak chyba bardziej zaskakujący od postawienia nowych budynków okazał się fakt, że ogród stał się publicznie dostępny. Szok i niedowierzanie.

Park, który miał wychowywać
Przebudowa / rozbudowa Łazienek to nie był królewski kaprys w stylu: „ej, chłopaki, chcę mieć letnią rezydencję w innym klimacie niż zamek”, tylko wpisanie się w szalejący wśród europejskich monarchów nowy trend. W drugiej połowie XVIII w. zmieniało się rozumienie władzy: król miał już nie tylko imponować, lecz przede wszystkim „cywilizować” społeczeństwo poprzez estetykę i kulturę. Pałac z przyległościami przestaje służyć wyłącznie podkreślaniu królewskiego statusu (narzędzie PR), a zaczyna kształtować gust (narzędzie edukacji) tych dzikich mas, które nagle zyskały dostęp do królewskiego parku.
Stanisław August zrobił dokładnie to samo co zagraniczni koledzy: przekształcił prywatną rezydencję w projekt oświeceniowy. W miejscu zamkniętego ogrodu powstał publiczny park krajobrazowy, który poprzez architekturę i naturę miał edukować naród oraz wyrabić w nim wrażliwość estetyczną, jak to się wówczas mówiło: „ukształtować smak narodu”. Brzmi jak motto Magdy Gessler, tymczasem to są słowa króla w korespondencji z architektami.
Dziś zamiast „kształtować smak narodu” byśmy powiedzieli, że Łazienki od początku miały wzbudzać zachwyt, choć w XVIII w. słowo „zachwyt” rozumiano inaczej niż dziś. Nie chodziło o szybkie „wow”, serduszko na Instagramie, tylko o doświadczenie, które ma uspokoić, uszlachetnić i uporządkować emocje.

Teoria ogrodów. Po co oświeceniu była sosna
Właśnie do takich ambitnych wniosków doszli Joseph Addison i Christian Cay Lorenz Hirschfeld, ówcześni teoretycy ogrodów. Jest to trochę przerażające, ale tak było w oświeceniu, że wszyscy wszystkich chcieli oświecać i robiono to nawet za pomocą sosny.
Addison i Hirschfeld w swoich traktatach nie używali słowa „zachwyt” w dzisiejszym, instagramowym sensie. Pisali o uszlachetnianiu uczuć, porządkowaniu umysłu, wzniosłości krajobrazu, a puenta była taka, że ogród nie służy tylko do patrzenia, sprawia też, że zaczynasz rozmyślać nad sobą oraz swoim życiem. Zachwycasz się otoczeniem, a mimochodem stajesz się lepszym i bardziej oświeconym człowiekiem, podziękuj sośnie.
Tak więc to, co dziś nazwalibyśmy zachwytem, w XVIII w. było efektem przemyślanej kompozycji przestrzeni. Gdyby Addison miał Instagrama, wpis o Łazienkach oznaczyłby hashtagiem #uszlachetnienie_uczuć, a nie #ładne_miejsce

Rodzaje ogrodów: ogród barokowy (francuski) i ogród krajobrazowy (angielski)
Tylko żeby ten zachwyt – w XVIII-wiecznym sensie – mógł się „zadziać”, trzeba było odpowiednio zaprojektować przestrzeń. Nie oświecisz się na byle trawniku.
Do wyboru były dwa rodzaje ogrodów: ogród barokowy i krajobrazu. Ogród barokowy (francuski) jest geometryczny, symetryczny, ułożony jak pod linijkę: tu rabaty, tam stawy, tu fontanna, a tam oś widokowa – typowy Wersal. Pełna dyscyplina, a całość podporządkowana jednej, nadrzędnej perspektywie. Ogród barokowy to bardzo statyczny projekt, stajesz w wyznaczonym punkcie i widzisz wszystko naraz. Tu się nie nachodzisz.

Drugi rodzaj, ogród krajobrazowy (angielski), rozwinięty w XVIII-wiecznej Anglii, powstał w opozycji do wydumanych ogrodów barokowych. Stawia na naturalność i naśladuje dziki krajobraz (stąd nazwa), zamiast osi ma kręte ścieżki. Komponuje się go jak pejzaż: elementy są rozproszone po całym terenie, a całości nie da się objąć wzrokiem z jednego miejsca. To przestrzeń doświadczana w ruchu – z każdym kolejnym krokiem odsłaniają się nowe warstwy: ścieżka skręca, widok znika, pojawia się woda, za chwilę jakaś świątynia, potem mostek i tak dalej. Tu się nachodzisz.

Jak mają nie zachwycać, kiedy zachwycają. Dlaczego Łazienki od wieków zachwycają
Łazienki na pierwszy rzut wydają się bardzo francuskie, bo przy Pałacu na Wyspie są eleganckie i uporządkowane, ale architektura krajobrazu jest już angielska – droga prowadzi przez kolejne warstwy, a budowle wyłaniają się znienacka. Takie połączenie dwóch rodzajów ogrodów nie jest wpadką królewskiego architekta zieleni, Augusta Fryderyka Moszyńskiego (#TeamKrajobraz #TuSięChodzi), tylko celowym zabiegiem łączącym klasycyzm architektury z nową koncepcją przestrzeni stworzoną zgodnie z ówczesną teorią obrazów. Sosna, pamiętajcie.
Stanisław August pisząc, że chce „kształtować smak narodu”, miał na myśli właśnie takie działanie przestrzeni i przestrzenią. Łazienki nie miały być tylko elegancką dekoracją letniej rezydencji, ale i miejscem, które oddziałuje – estetycznie i intelektualnie. Sosna.
A tak na poważnie: Łazienki Królewskie od zawsze służyły zachwycaniu się, choć na różnych poziomach – najpierw jako magnacka rezydencja Lubomirskiego, później jako królewski ambitny projekt oświecenia, a dziś zachwycają wielotorowo – jako muzeum, park, sala koncertowa i codzienna przestrzeń miasta, w której i pobiegasz, i zjesz gofra z dżemem truskawkowym. I najnowsza wystawa „Łazienki w zachwycie” też zachwyca – jak ten gofr, a może nawet bardziej.

O wystawie „Łazienki w zachwycie”
Straszliwie podoba mi się koncept kuratorek wystawy „Łazienki w zachwycie” Zofii Zaccarii i Doroty Stelmaszczyk-Szwed polegający na prezentowaniu wszystkich obiektów w nowych kontekstach. Nie tak, jak widział je Stanisław August, lecz tak, jak widzimy je dziś – oczami współczesnych odbiorców: nie tylko zespołu kuratorskiego, ale także pracowników Łazienek, twórców, wolontariuszy i gości. Wszyscy są współautorami wystawy, więc wychodzi na to, że każdy z nas trochę też, ha!!
A o co chodzi z tym starym obiektem a nowym kontekstem, możecie poczuć już na wejściu na wystawę: nowoczesny neon „Łazienki w zachwycie” umieszczono na kafelkach, które kolorami nawiązują do słynnych biało-niebieskich płytek z Pałacu na Wyspie. Ale nie dość, że te nowe kafelki nie pochodzą z XVII w., to jeszcze niektóre znajdujące się na nich postacie uprawiają np. jogging albo robią selfie-stickiem zdjęcie.

Kiedyś na kafelkach była Arkadia i sielsko-wiejskie scenki: on, ona, konik, łączka. Dziś też jest Arkadia, tylko taka, do której jedzie się kupić selfie-stick: on, ona, korek na parkingu, kasa samoobsługowa. To się nazywa Łazienki 2.0 – aktualizacja zachwytu. A na serio – nie musimy już jeździć konno po Łazienkach, żeby nimi się zachwycać; możemy biegać albo niespiesznie spacerować. Ja jestem fanką tej ostatniej aktywności, pośpiech poniża.
Jeszcze wyrazistszy przykład zderzenia starego obiektu z nowoczesnym kontekstem to XVIII-wieczne marmurowe „Popiersie bogini Diany” umieszczone w intensywnie kobaltowej wnęce wyłożonej pogniecioną folią, prawdopodobnie aluminiową, nie wiem, nie macałam. Nierówna, migocząca folia kontrastuje z matową, klasyczną formą rzeźby, dając niemal teatralny efekt. Czuję się, jakbym opisywała makijaż Madonny z lat 80., ale to mnie więcej to samo.

10 części wystawy „Łazienki w Zachwycie”
1. Część: zapach
Jak pachną Łazienki Królewskie?
W pierwszej części wystawy, już na wejściu, puszy się przepięknie wyeksponowana kadzielnica – fontanna zapachowa w formie antycznej świątyni. W XVIII wieku to znali się na designie, minimalizm byłby większym cringem niż brak peruki.
Do kadzielnicy nosa wsadzić nie można, ale do szczeliny w ścianie obok – jak najbardziej, wystarczy uchylić klapkę, za nią czeka kompozycja zapachowa Michaliny Samborskiej. Twórczyni perfum botanicznych stworzyła na tę wystawę autorską kompozycję opartą na rozmowach z ponad dwustoma gośćmi i pracownikami Łazienek.
Z tej okazji ułożyłam kawał:
Jak pachną Łazienki? Domestosem, hy, hy.
Koniec kawału.
A jak pachną Łazienki Królewskie? Ciekawa jestem, czy powiedzielibyście, że tak jak kompozycja Samborskiej. To zapach bardzo zielony i żywiczny , jednocześnie świeży i lekko ziemisty. Wychodzi na to, że chcąc nie chcąc, od zawsze lubiłam pachnieć jak Łazienki. To się nazywa odpowiedzialna patronka wystawy.

Zapach i pamięć. Filozofia jest przyjemniejsza, kiedy pachnie ciastkiem
Choć nie jest prosto ze wspomnień i wrażeń wydestylować zapach, to w drugą stronę nie ma problemu. Wzrok informuje, ale to zapach uruchamia pamięć – tak właśnie działa pamięć mimowolna [mémoire involontaire], jeden z dwóch rodzajów pamięci. Jest jeszcze pamięć intencjonalna – odpala się, gdy próbujesz sobie przypomnieć coś „na siłę”, np. gdzie położyłaś klucze do domu. Bo przecież pamiętasz, że tu, i prędzej ktoś podmienił pralkę, niż tobie pomyliło się, że jednak nie tu je zostawiłaś.
Marcel Proust w „W poszukiwaniu straconego czasu” kapitalnie opisał, jak magdalenka odpaliła w nim wspomnienie: „przyszło samo, niby dusza rzeczy, nie ze świadomości, lecz z przeszłości […] w tej chwili smak magdalenki obudził ją i posłał w świat świadomości”. Czymże wobec tego są warsztaty mindfulness z mamlaniem rodzynki przez dwadzieścia minut? Ledwie wstępem do Prousta.
U Prousta kolejność jest taka: bodziec (zapach / smak magdalenki) –> skojarzenie (niedzielne poranki w Combray). W przypadku zapachu Łazienek jest odwrotnie: skojarzenie (Łazienki) –> bodziec. Jeśli poczuliście się zmęczeni tymi strzałkami, zawsze możecie pójść do Łazienek zjeść magdalenkę. Filozofia jest przyjemniejsza, kiedy pachnie ciastkiem. Że też nie wymyśliłam tego tekstu lata temu na swoim egzaminie doktorskim z filozofii, no trudno.

2. Część: sztuki wizualne
Balkon według króla, czyli jak projektować sztukę narodową
Druga część wystawy pokazuje, dlaczego Łazienki od wieków zachwycają i inspirują kolejnych twórców. To tu można podziwiać nawiązującą do łazienkowskich tkanin i polichromii instalację Alicji Bielawskiej „Miękkie odsłony”. Gdy delikatnie odsłoni się tkaniny (można dotykać), ukaże się drugi element pracy – rzeźba „Między fałdami”.
W tej części wystawy znajduje się jeden z moich ulubionych eksponatów – list z 1784 r., w którym Stanisław August opisał – a nawet narysował – jak ma wyglądać balkon z balustradą w Pałacu na Wyspie. Adresatem listu był oczywiście Marcello Bacciarelli, który 18 lat wcześniej, na życzenie króla, opracował projekt utworzenia w Warszawie Akademii Sztuk Pięknych, więc tym bardziej nie miałby problemu z jakąś tam balustradką.

Oprócz ambitnych planów założenia owej Akademii król chciał też wykreować sztukę narodową. Stanisław August kochał sztukę i miał nosa do zatrudniania wybitnych artystów. To dzięki nim w Łazienkach Królewskich są tak zjawiskowe obrazy, rzeźby czy obiekty rzemiosła artystycznego. Na wystawie można zobaczyć też uroczą akwarelę z 1916 r. Jana Małachowskiego przedstawiającą malowidła ścienne w Białego Domku w Łazienkach Królewskich.

Najdroższa tapeta na świecie – kiedy ściana kosztuje więcej niż mieszkanie
Patrząc na to maleństwo Małachowskiego, trudno uwierzyć, że w oryginale w Gabinecie Ośmiokątnym całe ściany są pokryte malunkami Jana Bogumiła Plerscha i Jana Ścisły. W XVIII w. był to hit malarstwa dekoracyjnego, iluzja poziom: hard. Stojąc w środku gabinetu, można poczuć się jak w altanie obrośniętej różami. Na suficie rozciąga się namalowane niebo, na ścianach są sielskie pejzaże, które przeplatają się z prawdziwymi oknami wychodzącymi na ogród. Trudno rozróżnić, gdzie kończy się malarstwo, a zaczyna rzeczywistość, ale nie sprawdzaj tego, wchodząc w ścianę.


Takie dekoracje ścienne to ja szanuję, a nie jakieś tam „tapeciątka” Marka Evansa. Słynny „rzeźbiarz skóry” zaprojektował najdroższą tapetę na świecie przeznaczoną do dwóch pokoi w willi rosyjskiego multimiliardera. Jeden metr kwadratowy tej ręcznie grawerowanej, skórzanej tapety kosztuje prawie 100 tysięcy złotych, a oklejenie obu pomieszczeń – około 12 milionów.
Jeśli będzie Wam smutno, że na Instagramie macie mało obserwujących, pomyślcie, że dziś dziumdzia ASMR ze szponami stukającymi o słoiczek kremu ma miliony followersów, a artysta – autor luksusowych realizacji ściennych dla członków rodzin królewskich i multimiliarderów – gromadzi dziewięćset osób. Najwidoczniej powinien nagrywać dźwięk smyrania dłutem.

3. Część: literatura
Łazienki Królewski w „Lalce” Bolesława Prusa
Najsłynniejszym utworem literackim, w którym pojawiają się Łazienki Królewskie, jest oczywiście „Lalka” Bolesława Prusa. Co jest zabawne, bo Prus prawie w ogóle nie opisuje ich architektury – przestrzeń wyłania się z ruchu i spojrzenia Wokulskiego: „Wreszcie na lewo zobaczył mur, a dalej budynek. ‘Aha, Pomarańczarnia…’ Potem doszedł do jakiegoś mostka […] Prosta droga doprowadziła go do stawu, później do łazienkowskiego pałacu”. Ale więcej szczegółów poza napisaniem, że jest jakiś pałac? U Prusa – zapomnij.
Nie ma roztkliwiania się nad Pałacem na Wyspie, westchnień nad Amfiteatrem, egzaltacji historią Łazienek ani kilometrowych opisów przyrody – czyli tego wszystkiego, do czego z lubością dorwaliby się Sienkiewicz czy Orzeszkowa. Gdyby to ona opisywała ten sam moment, mogłoby to brzmieć tak:
„Na lewo, wśród zieleni przetykanej smugą światła, wyłonił się mur, a za nim jasny zarys budowli. Przeszedł przez mostek, pod którym woda szeptała cicho, i szedł dalej ku stawowi, nad którego spokojną taflą odbijały się drzewa i światło, stapiając architekturę z pejzażem”.
„Na lewo, wśród zieleni przetykanej smugą światła, sączącego się przez korony drzew i osiadającego złotem na murze, wyłaniającym się jak znak ludzkiej obecności wśród natury, dostrzegł Pomarańczarnię, stojącą jasno i trwającą spokojnie; przeszedł przez mostek, pod którym woda, odbijając niebo, szemrała cicho, i idąc ku stawowi, nad którego taflą wznosił się Pałac na Wyspie, odbijający się tak wiernie, iż zdawał się istnieć w kamieniu i w świetle, czuł, że krajobraz ten, łącząc ciszę z trwaniem, koi w nim to, czego od dawna w sobie nie znajdował”.
U Prusa w Łazienkach jest spacer. U Orzeszkowej – pielgrzymka.

Or-Ot i Łazienki Królewskie jako „prześliczny park”
Łazienki pojawiają się też u Artura Oppmana, ps. Or-Ot – młodopolskiego poety i varsavianisty, przyjaciela m.in. Wojciecha Kossaka, Stefana Żeromskiego czy właśnie Prusa. To on spisał imponującą liczbę warszawskich legend – od pierwszego wydania w 1925 r. trudno znaleźć warszawiaka czy warszawiankę, którzy by się na nich nie wychowali. Ja załapałam się na wydanie z 1982 r., z bazyliszkiem na okładce autorstwa Elżbiety Murawskiej. Oprócz tego Or-O był autorem wierszyków dla dzieci i w „Abecadle polskich dzieci w krajobrazach” z 1906 r. pod literą „Ł” tak opisuje Łazienki:
W Łazienkach pod Warszawą
Stanisław August bawił,
Prześliczny park po sobie
I pałac pozostawił.
To zupełnie inny klimat niż u Prusa, wpadająca w ucho dziecięca rymowanka. A gdyby ten wierszyk miała napisać Orzeszkowa, pewno wyszłoby coś takiego:
„W Łazienkach pod Warszawą, wśród drzew splatających korony nad wodą i rzucających na nią cień drżący od światła, przechadzał się niegdyś Stanisław August, pozostawiając park trwający w harmonii cienia i blasku oraz pałac odbijający się w stawie jak myśl wpisana w pejzaż, łącząca dzieło ludzkie z porządkiem natury”.
U Op-Orta to zwrotka. U Orzeszkowej – prawie rozdział.


Biurko z Pałacu na Wyspie albo kiedy chodzi o więcej niż zegar, który chodzi
Na wystawie „Łazienki w zachwycie” nie ma fragmentów z „Lalki”, Orzeszkowa też Wam nie grozi. Zamiast tego są zadania. W części literackiej można – niczym w IKEI – usiąść w fotelu, przeczytać wiersz i zastanowić się, jakie życzenia dla siebie chciałoby się schować do szuflady biurka. Lepsze to niż zdmuchiwanie świeczek na torcie urodzinowym.
A to nie jest zwykłe biurko, to biurko z Pałacu na Wyspie. Biurko inspirujące. Muzeum zaprosiło współczesne poetki i poetów, by wybrali z kolekcji konkretne przedmioty i napisali inspirowane nimi wiersze, które teraz są prezentowane obok tych obiektów.
I tak: „Zegar kominkowy, autor nieznany” u Agnieszki Wolny-Hamkało odsyła do zegara z sypialni królewskiego kamerdynera Franciszka Ryxa z Pałacu na Wyspie. „Praczka w galerii Stanisława Augusta” Jerzego Jarniewicza nawiązuje do obrazu „Praczka” Gabriela Metsu. Jestem pod wrażeniem, bo u Jarniewicza jedna zwrotka potrafi być dziewięciolinijkowym zdaniem. Myślałam, że tylko Orzeszkowa i ja mamy taką melodię do płynięcia. Kropki są dla leszczy.

Mój ulubiony wiersz to „Przegrody” Natalii Małek, inspirowany owym biurkiem z Pałacu na Wyspie:
„Przegrody”
I
W tej będzie tęsknota,
a w tej namowa.
Ich pochód – zbrojny.
Noc uszkliwiona,
gołębna, nadstawna,
późnokwietniowa,
aż po zakola, gdzie spęd motorowy,
bar dla kibica, dla kota – wszoły.
II
I jak moneta, na zmianę
zdawkowa,
żyrowa,
noc przeciążona, czas ślub brać,
ze wszystkim:
mariażką w karmelu, kotylionami,
Alors on Danse
i nie wiadomo, czy się zatrzymać.
W dwóch słowach: człowiek próbuje nadmiar emocji, doświadczeń, wspomnień poupychać w odpowiednich przegródkach, a tu klops, bo i tak wszystko się miesza. Świata nie da się tak łatwo uporządkować i posegregować. W sumie z moją garderobą jest podobnie.
Nie każcie mi przerabiać Małek na Orzeszkową. Poetka jeszcze żyje, ja też, a nadmiar imiesłowów szkodzi zdrowiu. Tylko Eliza-Opisy-Długie-Jak-Niemen miała na nie odporność.

4. Część: teatr
Przemień się w „Metamorfozy” Owidiusza
Przechodzimy do kolejnej części – teatralnej – i w niej gwiazdą są „Metamorfozy” Owidiusza, piętnastoksięgowy grzmot zawierający 250 mitów o przemianach bogów i ludzi. Owidiusz pisał je w latach 2-8, tzn. od drugiego do ósmego roku naszej ery, a nie że oblicz, ile to 2 odjąć 8. Tylko nie każcie mi wymyślać, jak brzmiałyby „Metamorfozy”, gdyby pisała je Orzeszkowa, w tym momencie moje literaturoznawcze wykształcenie mówi: stop, to już przmoc.
W kolekcji Stanisława Augusta znajduje się sześć rycin z francuskiego wydania poematu, a dwie z nich stały się punktem wyjścia do współczesnych, interaktywnych metamorfoz. I to właśnie one zachwyciły mnie na wystawie „Łazienki w zachwycie”.
Bo ile razy w życiu mogliście przemienić się w sowę z „Metamorfoz” Owidiusza – właściwie z XVIII-wiecznej grafiki Jeana Baptiste’a Blaise’a – i zobaczyć na ekranie, jak poruszacie skrzydłami, poprawiacie piórka i nagrywacie stories?? Ja nigdy, nie tylko na wystawie, ale w ogóle się nie usowiłam. Jak widać, rozwój osobisty ma różne etapy.


W Podchorążówce możecie też się uniedźwiedzić, nawiązując do postaci z grafiki „Zeus i nimfa Kallisto” René Gaillarda według obrazu François Bouchera. Przetestowałam obie przemiany i jednak zdecydowanie lepiej czuję się jako sowa. Nic dziwnego, bo mój organizm od dawna uważa, że dzień jest wersją próbną nocy.
Teatr Królewski. Scena też się przemienia
Kiedy już wrócimy do swojej normalnej postaci, możemy odsunąć zasłonę i obejrzeć 20-minutową etiudę „Metamorfozy”, wystawioną w czerwcu 2025 r. w Teatrze Królewskim w Starej Oranżerii. To efekt warsztatów teatralnych dla dzieci i młodzieży, bo teatr w Łazienkach to nie tylko duże widowiska, ale też takie kameralne projekty. Ja akurat nie musiałabym jakoś specjalnie przygotowywać się do roli Nyktimene-sowy, wystarczyłoby wyciągnąć mnie z domu o 7 rano bez kawy. Sowa jest wtedy głęboko rozczarowana porankiem.

5. Część: muzyka
Dla mnie naturalna ścieżka dźwiękowa Łazienek Królewskich to szum liści, nawoływanie się na gofry i pawie miauki. Jako dziecko byłam pawiami zafascynowana (nie to, że kilka dekad później mi to przeszło) i z pełnym zaangażowaniem naśladowałam ich przeciągłe „miau-aao!” (nie to, że kilka dekad później mi to przeszło). Każdy paw drze się, jakby jutra miało nie być, w dodatku w kociej tonacji, dlatego nazywałam je miaukami (nie to, że kilka dekad później mi to przeszło).
Ale kiedy mówi się „Łazienki” i „muzyka”, większość ludzi nie słyszy pawia, tylko Chopina. Od 1959 r. w letnie niedziele pod pomnikiem kompozytora projektu Wacława Szymanowskiego odbywają się Koncerty Chopinowskie. Mam wrażenie, że kiedyś połowa pocztówek z Warszawy była z Zamkiem Królewskim, a druga połowa właśnie z tym pomnikiem.

Na tej wystawie Chopin nie jest tylko pomnikiem – można posłuchać „Preludium Des-dur op. 28 nr 15” oraz improwizacji Antoniego Jachniewicza, 16-letniego wolontariusza Łazienek. Dźwięk ma tu także swoją formę materialną: „Nokturn” Janiny Barcickiej z 1985 r. – po raz pierwszy pokazywana publicznie abstrakcyjna rzeźba inspirowana muzyką Chopina. Nie przedstawia ani fortepianu, ani nut, za to w założeniu wycięcia i puste przestrzenie mają symbolizować ciszę, pauzę oraz napięcie, acz ja widzę trzy duże ogniwa, a w nich trąbki. Mało Fryckowe, ale jednak.
W części poświęconej muzyce całą ścianę wypełnia współczesny mural Daryi Sumaravy-Kopach. Chopin dostaje kolorowe, współczesne tło i nagle robi się mniej pocztówkowo, a bardziej instalacyjnie. I choć mogłoby się wydawać, że w tej przestrzeni powinien rozpanoszyć się Steinway, stoi tu fortepian czworoboczny Adama Beyera z 1790 r., który sam w sobie jest pięknym obiektem. Bardziej przypomina elegancki sekretarzyk niż instrument koncertowy i na pewno zajmuje mniej miejsca. Chociaż akurat tym w Pałacu na Wyspie nie musieli się przejmować.

6. Część: relacje.
Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. Wojciecha Gersona w Łazienkach
Relacje z Łazienkami nie zaczęły się w XVIII w. i nie kończą na wystawie – codziennie budujemy je my wszyscy – przyjaciele, goście, wolontariusze, darczyńcy Łazienek, a nawet absolwenci szkoły, która kiedyś tu była. W tej części lądujemy w czasach, gdy w Podchorążówce mieściło się Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. Wojciecha Gersona – dziś działające przy ul. Smoczej 6, a w latach 1957-1977 mające siedzibę właśnie tutaj. Niektórzy zrywali się ze szkoły do Łazienek, inni chodzili do Łazienek do szkoły, a na wagary, to już nie wiem dokąd.
PLSP „za Podchorążówki” ukończyło mnóstwo znanych osób, m.in. Krystyna Janda, Sława Przybylska czy Jan Lebenstein, o którego wystawie w Muzeum Narodowym we Wrocławiu pisałam Wam jeszcze w pandemii.

Podchorążówka – kiedy Łazienki były szkołą
W ramach „Łazienek w zachwycie” można posłuchać wspomnień absolwentów, a także zobaczyć fotografie oraz karty kronik, pokazujące, jak wtedy wyglądały wnętrza Podchorążówki oraz życie szkoły – zajęcia malarskie, wystawy studniówki i matury.
Moim hitem jest fotografia z wystawą w Sali Musztry w roku szkolnym 1970/71. Sama nazwa sali zdradza wojskową przeszłość dawnego budynku Szkoły Podchorążych Piechoty, ale prezentowane w niej obrazy i rzeźby pod zawieszonym nad drzwiami koszem do koszykówki są nieco surrealistyczne. Brakuje tylko wanny z wrotkami, bo dlaczego by nie.

To właśnie do tej wystawy z lat 70. nawiązuje prezentowana na ekspozycji „Łazienki w zachwycie|” instalacja rzeźbiarska powstała we współpracy z obecnymi licealistami i którą można macać do upojenia. „Relacje” mają może nieco mniej spektakularnych eksponatów, za to aranżacyjnie są spektakularne.


.
7. Część: sen
Jak można wnieść po nazwie, kolejna część wystawy jest poświęcona motywowi snu w Łazienkach Królewskich. Pod sufitem jest rekonstrukcja zniszczonego podczas II wojny światowej malowidła Marcella Bacciarellego (tego od balkonu) z 1788-1789, które zdobiło plafon w Sali Salomona w Pałacu na Wyspie. Współczesną projekcję „Snu Salomona” opracowano na podstawie archiwalnych fotografii oraz obrazu Ludomira Franciszka Dymitrowicza z 1892 r., jego kopia znajduje się w Pałacu na Wyspie.

Żeby zrobić dla Was dobre zdjęcie, tak wygodnie ułożyłam się na siedziskach pod plafonem, że sama prawie zapadłam w sen niczym leżący obok marmurowy „Śpiący Amor” Francesca Lazzariniego. Śmiałam się, że gdy Salomonowi we śnie objawił się Bóg i zapytał, jaki dar chciałby otrzymać, ten poprosił o mądrość. Ja – nawet we śnie – poprosiłabym o sen. Od kilku miesięcy mam tyle pracy, że jestem chronicznie niewyspana i dobiłam do momentu w życiu, w którym, gdy ktoś zapytałby mnie o największą fantazję łóżkową, odpowiedziałabym: wyspać się.

8. Część: jedzenie
Kolejnym pomostem (albo windą – nowocześniej brzmi) między dawnymi Łazienkami a dzisiejszymi jest część wystawy „Jedzenie”. Oprócz przepięknej porcelany są tu przepisy Paula Tremo, nadwornego kucharza Stanisława Augusta, które można zabrać do domu. Tylko pamiętajcie: przepis bierzemy do domu, miśnieńskiego imbryka do czekolady – nie. Nie pomylcie się, bo jak nic będzie na mnie.
W tej części wystawy są takie cuda jak naczynie do smażenia konfitur z 1. poł. XIX w. czy waza do lodów z ok. 1796 r. Starałam się na oko ocenić, czy do środka weszłoby całe opakowanie moich ukochanych masłoorzechowych Ben&Jerry’s i wyszło mi, że tak.


Widoczne obok przepisów słoiki z marynowanym szczawiem czy octem jabłkowym powstały w 2025 r. podczas warsztatów „Praktyczna dzika kuchnia śladami Paula Tremo”. To chyba najlepsze podsumowanie całej wystawy: przeszłość Łazienek cały czas wpływa na teraźniejszość, nie jest zamknięta w gablotach (ani w słoikach). To, co kiedyś zachwycało, dziś zachwyca nadal, tylko w innym kontekście. No mówię: Łazienki 2.0 – aktualizacja zachwytu.

9. Część: natura
Przyroda w Łazienkach Królewskich – 74 hektary żywego organizmu
Zapewne zauważyliście, że Łazienki to nie jest zwykły parczek z dwiema ławkami na krzyż, tylko ponad 74 hektary żywego organizmu niemal w centrum Warszawy. Rezyduje tu mnóstwo gatunków ptaków i drobnych ssaków, choć przede wszystkim Łazienki kojarzą się z miaukami (już wiecie co to) i wiewiórkami. Rude zawsze najbardziej rzucają się w oczy, wnoszę po sobie.
W tej części wystawy znajduje się zielona ściana z przeszklonymi gablotami, w których obok bukietów kwiatów pojawia się mikroskop, jakbyśmy mieli na niego się rzucić i sami policzyć łazienkowską florę i faunę. Tymczasem badania terenowe już przeprowadzono, choć ustalenie liczby „mieszkańców” wcale nie jest proste, bo w przyrodzie ciągle ktoś znika, ktoś wraca, ktoś się wyprowadza, a ktoś przeobraża. I to wszystko bez meldunku i aplikacji mObywatel.
Mimo to okazało się, że w Łazienkach żyje 37 gatunków ptaków, 4 rodzaje ryb, 14 rodzajów motyli nocnych i aż 52 gatunki grzybów – z których przeciętny człowiek nie potrafi wymienić ani jednego. Ja w ogóle kojarzę grzyby głównie z pizzą capricciosą. No chyba, że znacie próchnilca maczugowatego (Xylaria polymorpha), zwanego palcami umarlaka. Brzmi jaka tytuł horroru klasy D, chociaż pod tym względem i tak nic nie przebije „Morderczej opony”. Jeśli nie oglądaliście tego filmu – super, nie zmieniajcie tego.

Drzewa w Łazienkach – świadkowie i weterani
Jeśli chodzi o drzewa, rosną tu zarówno gatunki rodzime, jak i obce, ale najbardziej bawi mnie podział drzew na „świadków” i „weteranów”. „Świadkowie” przetrwali epoki i historyczne zawieruchy, „weterani” noszą na sobie ślady konkretnych zdarzeń – burz, uszkodzeń, ingerencji człowieka. To trochę jak z ludźmi: jedni tylko patrzyli, więc mają zero blizn, drudzy brali udział w wydarzeniach, więc są blizny. Brzmi to jak podział na kibiców narciarstwa zjazdowego i zawodników, ale ja, jako niedoszła alpejka, jeszcze przez chwilę wszystko będę filtrować przez igrzyska.
Zresztą łazienkowskie ogrody – tak jak 10 konkurencji narciarstwa alpejskiego – od Stanisława Augusta nie są jednolite. XVIII-wieczny Ogród Królewski, XIX-wieczny Ogród Romantyczny i XX-wieczny Ogród Modernistyczny to trzy kompletnie różne bajki. Ogrody w Łazienkach Królewskich to nie jest fauna wszędzie zrobiona od linijki, gładka i przystrzyżona jak kot perski na wystawie. Momentami pojawia się dzikość kota europejskiego, wolno żyjącego, przemykającego między garażami, sąd wysokie trawy i rabaty przyciągające pszczoły, trzmiele i motyle.
Właśnie ze względu na te tłumy „królewskich” lokatorów nie można wchodzić do Łazienek z psem. I choć z moim Guccim chodzę prawie wszędzie (nawet w muzeach go znają) nie przyszłoby mi do głowy zwiedzać z nim ogrodów królewskich. Miauki by przestraszył, wiewiórki pogonił, a rabaty rozkopał, bo od moich dwóch kotków nauczył się, że kopanie to prestiż, a trawnik jest jedną wielką kuwetą.

Natura w sztuce – Arachne i „Porost”
W kontekście mieszkańców ogrodu Łazienek Królewskich ciekawa jest reprodukcja kolejnej grafiki z „Metamorfoz”. Arachne, genialna tkaczka, wyzywa Atenę na pojedynek. Jej gobelin jest tak doskonały, że bogini – nadęta jak sowa u Owidiusza – zamienia ją w pająka. Arachne oberwała za talent i urażone ego bogini, a teraz ja muszę cierpieć, mijając takie prace, ponieważ mam arachnofobię. Oto tajemnica, dlaczego nigdy nie obejrzę „Harry’ego Pottera i Komnaty Tajemnic”. Swoją drogą ironią losu nie jest, gdy mistrz świata w pływaniu topi swój telefon w toalecie, tylko gdy chcesz poczytać o swojej fobii, a gogle na dzień dobry zarzuca Cię zdjęciami pająków, żebyś przez przypadek nie zapomniał, czego się boisz.
Najmocniej przyciągającym uwagę elementem tej części wystawy jest „Porost”, którego autorami są: MONA RENA, Monika Matsumoto, Ola Romanowska, Martyna Buda, Dorota Hołownia, Małgorzata Zielińska i Janusz Górski.
„Porost” to gigantyczna instalacja między naturą a scenografią, nawiązująca do złożonego ekosystemu ogrodów łazienkowskich. Pisząc „złożony ekosystem”, mam na myśli coś bardziej skomplikowanego niż segregowanie śmieci. Zapewne tak wyglądałyby porosty, gdyby natura dostała KPO.
To wielowarstwowa instalacja z naturalnych materiałów, tworzących organiczną, abstrakcyjną formę na ścianie – pełną faktur i żywych barw. Można usiąść na poduszce, pogmerać w instalacji i zobaczyć, jak len, konopie i odzyskane tkaniny opowiadają o organizmach żyjących w Łazienkach Królewskich. Odpocznijcie tu chwilę w bezruchu, bo następna część jest o ruchu, że tak z wrażenia zarymuję.

10. Część: ruch
Hipodrom w parku. Kiedy w Łazienkach biegały konie, a nie influencerzy
Ostatnia sala poświęcona jest ruchowi – bo Łazienki Królewskie od zawsze były w ruchu. Dziś uprawia się jogę i biega (pamiętajcie, pośpiech poniża, zasuwać można na nartach), za Stanisława Augusta uprawiano publiczny spacering, potem były bale, kuligi, gry dworskie, ślizgawki, a nawet zawody konne.
Na wystawie są fascynujące przedwojenne zdjęcia m.in. z balu z 1936 r. czy Janiny Błociszewskiej z siwkiem Jackiem w międzynarodowym konkursie dla jeźdźców cywilnych w 1928 r., na świeżo zbudowanym hipodromie w Łazienkach.


W 1927 r., po sukcesach polskich jeźdźców za granicą, stało się jasne, że w niepodległej Polsce brakuje miejsca na międzynarodowe konkursy jeździeckie. W Łazienkach w ekspresowym tempie powstał stadion na 5 tysięcy osób według projektu wzorowanego na wzgórzu Pincio w Rzymie. Do dziś nie wiem, co architekta Józefa Główczewskiego tak tam urzekło, ale efekt był imponujący.
Już w maju i czerwcu 1927 r. rozegrano tu pierwsze zawody z udziałem ekip z Francji i Węgier. Hipodrom szybko zdobył europejskie uznanie i przez kolejne lata był ważną areną konkursów jeździeckich, przede wszystkim skoków przez przeszkody.
W pewnym momencie w Warszawie działały dwa duże obiekty konne, ale o zupełnie innym charakterze. 3 czerwca 1939 r. otwarto Tor Wyścigów Konnych Służewiec, wówczas najnowocześniejszy i największy w Europie. Nie stanowił konkurencji dla Łazienek, bo to były dwie różne dyscypliny sportowe: Służewiec – gonitwy, Łazienki – konkursy jeździeckie, głównie skoki przez przeszkody i zawody pokazowe.
Niestety hipodromem nie nacieszono się długo. Trzy miesiące później – we wrześniu 1939 r. – został zbombardowany i mimo powojennej odbudowy samego stadionu już nie przywrócono.

Ruch został, tylko koni żal
Chociaż na Służewcu w ramach konkursów Damosfery z przyjemnością oceniam najpiękniejsze stylizacje zgodne z wyścigowym dress codem, rondelki i cylindry z trybun w Łazienkach wyglądałyby równie dobrze. Warszawa miała hipodrom w parku i jakoś to dźwigała. Dziś w parku już się nie galopuje – za to biegają influencerzy i kręcą rolki
Chociaż na Służewcu w ramach konkursów Damosfery z przyjemnością oceniam rondelki i cylindry, czasem wolałabym robić to z trybun w Łazienkach. Warszawa miała hipodrom w parku i jakoś to dźwigała. Dziś w parku już się nie galopuje, za to biegają influencerzy i kręcą rolki.
Jeśli jeszcze chodzi o konie, to w tej części wystawy urzekł mnie zrobiony w skali 1:8 „Pokój jeźdźca” według projektu Władysława Sztolcmana z 1905 r., wykonany współcześnie w miniaturze przez jego wnuka, Macieja Sztolcmana. Na stole stoją repliki XIX-wiecznych zabawek, w tym miniaturowa stajnia z konikami, a na ścianach wiszą konie Józefa Chełmońskiego. Nie wiem, co na to Muzeum Śląskie, bo „Powrót z balu” należy do ich kolekcji, ale chyba o miniaturki nie będzie żadnej awanturki, że tak z wrażenia po raz drugi zarymuję.

Po obejrzeniu tej części wystawy mam jeden wniosek – zmieniają się sporty i stroje, ale jedno się nie zmienia – Łazienki są w ruchu. Łazienki żyją, gdy ludzie są w ruchu. Wszystko emanuje tu podskórną energią, nawet rzeźby wyglądają, jakby za chwilę miały ruszyć. Hermes z Królewskiej Galerii Rzeźby poprawia sandał, bo zaraz wraca do joggingu, Bachantka sprzed Pałacu na Wyspie wznosi ręce załamana, bo zapomniała smartwatcha – i jak teraz liczyć kroki, jak żyć.


Łazienki nigdy nie są monumentalnym, statecznym muzeum pod gołym niebem. To przestrzeń, w której zawsze coś się dzieje. Nic, tylko się zachwycać.
***
Dlaczego warto zobaczyć „Łazienki w zachwycie”
Naprawdę jestem zachwycona wystawą „Łazienki w zachwycie”. Nie dość, że jest przepiękna i zaskakująca, to jeszcze działa na wszystkie zmysły i pozwala wchodzić w interakcję z wieloma obiektami. Nie wiem, co jeszcze można by było robić więcej na wystawie – chyba tylko zabierać coś na pamiątkę. Jakby coś, to rezerwuję biurko z Pałacu na Wyspie. Moje kotki, które zawsze, gdy piszę, wylegują się przy laptopie (czasem próbują nie przy, ale na), zaprawdę zasługują na królewskie posłanie.
Podchorążówka to jeszcze nie koniec powodów do zachwytów – pamiętajcie o Starej Kordegardzie i znajdującej się tam „Pracowni zachwytów”, przestrzeni twórczej dla dzieci i dorosłych.
Wystawa trwa tylko do 15 marca, więc czasu na zachwyt nie zostało wiele. Galopujcie na nią szybko jak konie na dawnym hipodromie w Łazienkach albo jak ten oto Arab Anny Dębskiej.

Najważniejsze informacje o wystawie „Łazienki w zachwycie”
Gdzie: Podchorążówka – Łazienki Królewskie w Warszawie
Do kiedy: 15 marca 2026 r.
Czas zwiedzania: około 60–90 minut
Charakter wystawy: ekspozycja wielozmysłowa, częściowo interaktywna
Dla kogo: dla dorosłych i dzieci
Dodatkowa przestrzeń: „Pracownia zachwytów” w Starej Kordegardzie – strefa twórcza dla dzieci i dorosłych
Najczęstsze pytania o wystawę „Łazienki w zachwycie”
Czy wystawa „Łazienki w zachwycie” jest dla dzieci?
Tak. Część obiektów można dotykać, słuchać i eksplorować. Dodatkowo w Starej Kordegardzie działa „Pracownia zachwytów”, przestrzeń twórcza dla młodszych i starszych.
Ile trwa zwiedzanie wystawy?
Średnio 60–90 minut, w zależności od tego, ile czasu spędzicie przy interaktywnych elementach.
Czy to klasyczna wystawa muzealna?
To więcej niż klasyczna wystawa. To ekspozycja łącząca historię, sztukę, archiwalia i współczesne instalacje, z elementami interaktywnymi.

Ile kosztuje zachwyt
Ten felieton chciałam opublikować dwa i pół tygodnia temu. W międzyczasie przeforsowałam prawą rękę – kilka tygodni intensywnej pracy – posty, felietony, maile, selekcja i obróbka kilkuset zdjęć z każdej wystawy – skończyło się ostrym przeciążeniem ścięgien i stawów dłoni. Spuchnięte palce, stan zapalny pochewek ścięgnistych, sztywność utrudniająca nawet naciśnięcie włącznika światła. To nie jest zwykłe zmęczenie, tylko przekroczenie granicy.
Za Wernisażerią nie stoi zespół. To jedna osoba – ja. Po każdej wystawie wracam z trzystoma, czasem czterystoma zdjęciami. Wybieram, kadruję, obrabiam, piszę i redaguję. Pod każdym postem pojawia się co najmniej sto komentarzy – odpowiadam na tysiące miesięcznie. Do tego codzienne wiadomości w trzech skrzynkach – Instagram, Facebook i poczta – ustalenia patronatów, współprace, umowy, rachunki, pytania od obserwujących.
Dwa tygodnie temu powinnam była zrobić przerwę. Nie zrobiłam. Dorzuciłam kolejne teksty i zdjęcia. Teraz przez tydzień nie powinnam nic robić – nawet kubka z kawą nie mogę nosić w tej ręce. Wiadomości mogę dyktować, ale zdjęć w ten sposób nie obrobię ani stories nie przygotuję.
Tak kończy się brak granic zdrowotnych.
Piszę o tym, bo za moim zachwytem nad każdą wystawą stoi nie tylko intelekt, ale i ciało.
To są realne godziny pracy. I realne przeciążenie.