Strona główna Felietony wernisażowe Współczesna sztuka sakralna. Ołtarz i ikona

Współczesna sztuka sakralna. Ołtarz i ikona

Wernisażeria
1 komentarz
sztuka-sakralna-ikona-i-oltarz-krzysztof-sokolovski

Wystawa Krzysztof Sokolovski “Sztuka neosakralna”, Galeria Bohema.

Podobno najskuteczniejszym sposobem na przeprosiny jest powiedzenie „przepraszam”, stojąc na własnym polu naftowym. Ponieważ w polskich warunkach jest to nieco uciążliwe, nie będę przepraszać za długotrwały brak nowego felietonu wernisażowego. Ciągle obiecywałam wpis, ale obietnice są jak origami, łatwo je złożyć, ale weź później coś z tym zrób. W końcu jednak się zabrałam i oto felieton o boskim (we wszystkich znaczeniach) wernisażu wystawy “Sztuka neosakralna” Krzysztofa Sokolovskiego. Była sztuka sakralna, ołtarz i ikona, a więc – po bożemu!

Na wernisaż ten szłam z nadziejami wielkimi jak kubas americano w Green Cafe Nero, ewentualnie ego mojego byłego, ponieważ w Warszawie artyści rzadko wystawiają sztukę sakralną, a co dopiero – neosakralną! A że w Galerii Bohema nie ma złych wernisaży, to nadzieje te były nie tylko wielkie, ale też i niezmącone jak w bajkach tafla jeziora.

Obecnie Galeria Bohema, po tournée ul. Poznańska → Żurawia → Al.Jerozolimskie, mieści się w przedwojennej kamienicy Stanisława Rostkowskiego. Secesyjna-modernistyczna bomboniera jest jednym z budynków zaprojektowanych w latach 1903-1915 przez mieszkającego na stałe w Londynie architekta Artura Gurney’a (to ten, który zbudował m. in. również Lwowską 17, kamienicę ze słynną wieżyczką, grającą chyba w większej liczbie polskich komedii romantycznych niż Tomasz Karolak i Maciej Stuhr razem wzięci).

Jak już otrząśniemy się z piania nad kamienicą i zaczniemy proces wchodzenia do galerii, możemy przygotować się na kolejną falę zachwytu. Człowiek otrzaskany ze sztuką, to i cały przypływ zniesie. A jest się w czym pławić, bo Bohema to nie jest kolejna nudna galeria formatu „white cube”, chociaż ściany faktycznie są białe, bo jakie mają być, przecież nie będą w kropki Yayoi Kusamy. Galeria znajduje się w mieszkaniu, co już od progu narzuca specyficzny sposób zwiedzania. Z korytarza można przejść do dwóch niepołączonych ze sobą pokoi, bedacych dealną metaforą samej przestrzeni wystawienniczej: to kolejny wernisaż w Bohemie, na którym podział ekspozycji na dwie części zostaje dodatkowo podkreślony przez odrębność sal. Podczas lutowego wernisażu Kasi Zimnoch i Pawła Kleszczewskiego w większej sali wisiały obrazy i grafiki pochodzące z ich animacji „Broken Tale”, którą z kolei można było obejrzeć w mniejszej sali.

Sztuka sakralna: za dużo świętości prowadzi do niestrawności

Podobny zabieg zastosowano podczas wernisażu „Sztuka neosakralna” Krzysztofa Sokolovskiego: w głównej sali była część ikonowa, a w mniejszej – ołtarzowa.  Jeśli chodzi o aspekty sakralne, to mojemu sercu o wiele bliższa niż sztuka sakralna jest czakra sakralna, jako odpowiadająca za seksualność oraz kreatywność, a więc dwa dość kluczowe obszary życia. Gdyby ludzie pracowali nad nimi tak samo intensywnie jak nad liczbą lajków na Instagramie, świat byłby o wiele przyjaźniejszy.  Przyznaję bez bicia i wyrywania smartfona: sztuka sakralna to nie jest część mojego DNA, chociaż doceniam piękne i nastrojowe kościoły takie jak, np. św. Marcelego w Rzymie czy wiecznie mijany przeze mnie w drodze do domu w Paryżu kościół św. Eustachego, przy którego budowie wykorzystano plany architektoniczne katedry Notre Dame, stąd to wrażenie mocno posuniętej, ekhm, inspiracji.

ikona-czterech-ewangelistow-krzysztof-sokolovski

Ikona “Czterech Ewangelistów” Krzysztofa Sokolovskiego

Gdy byłam kiedyś z moją koleżanką B. w Mediolanie, żartowałyśmy, że zgodnie możemy rozdzielić między siebie okresy w historii sztuki: dla niej mogłyby nie istnieć prace powstałe od XIX wieku wzwyż, które z kolei ja kocham. Nie oponowałabym, gdyby dyrekcja Ermitażu stwierdziła, że pora odświeżyć petersburską kolekcję postimpresjonistów, więc odda Gaugaina w dobre, bo moje, ręce… Natomiast B. uwielbia wszystkie renesansowe przedstawienia zielonolicych cierpiętników wyglądających, jakby wchłonęli przeterminowany jogurt (i to nie sojowy). A ja, widząc milionową z rzędu sakro-pracę, męczę się nie mniej niż oglądani święci.

Obrazy takie jak „Opłakiwanie zmarłego Chrystusa”, w którym Andrea Mantegna wyjeżdżającymi z ram okaleczonymi stopami Jezusa uderza prosto w bezbronnego widza, czy „Chrystus przy kolumnie” z idealnie uchwyconym cierpieniem Jezusa, którym Donato Bramante rzuca jak surową rybą w ledwo co pozbieranego po tych stopach widza, miażdzą mnie emocjonalnie i muszę je potem odchorować. Dlatego jeśli chodzi o sztukę sakralną w Mediolanie, to o wiele przyjemniej niż w Pinakotece przebywa mi się w Zamku Sforzów, w którym z kolei „Pieta Rondanini”, jak zresztą każda z rzeźb Michała Anioła, wprawia mnie w szczęśliwie przemijalny stupor. Jedni z nielicznych męczenników, których wielbię, to ci Michaela Willmanna.

Nauka rzecz święta, a sztuka sakralna

Nie zmienia to faktu, że ikony, ołtarze, tryptyki, poliptyki i tak dalej fascynują mnie. Trudna to miłość, trochę toksyczna, mniej więcej jak moja relacja z literaturą Michała Witkowskiego, która tak jak mnie denerwuje, przez ten swój rzyg-język, tak samo mnie oczarowuje, bo na posługiwanie się nim może sobie pozwolić tylko ktoś mający za sobą solidne zaplecze filologiczne, a Witkowski je ma; leci strumieniem świadomości, pulpą, Gomrowiczem, Lacanem, groteską, burleską i nie ma przebacz. I przez tę skomplikowana relację ze sztuką sakralną na wernisaż do Bohemy szłam zaciekawiona wielce.

sztuka-sakralna-sztuka-neosakralna

Ikona “Wieloświat”, Krzysztof Sokolovski, “Sztuka neosakralna”, Galeria Bohema

Obcowanie z prostokątnymi, półokrągłymi ikonami/ołtarzami oraz podświetlonymi obiektami Sokolovskiego sprawiło mi wielką radość. Czułam się, jakbym rozwiązywała wizualno-werbalne zagadki. Jego pełne nawiązań do nauk ścisłych ikony to rebusy, szarady, zanurzone równie mocno w czymś transcendentalnym, wiecznym, mistycznym, jak i współczesnym, namacalnym, matematyczno-fizycznym. Matematyka jest tak samo uniwersalnym językiem jak religia, nie na darmo po odjęciu od metafizyki prefiksu „meta” zostaje fizyka (to trochę jak z Ziemią i sztuką, gdy od „Earth” odejmie się „art”, zostanie „eh…”). Jeśli w internecie krąży jakiś błyskotliwy cytat, to w dobrym tonie jest przypisać go albo Marilyn Monroe, albo Albertowi Einsteinowi. Jednak naprawdę to on stwierdził, że „nauka bez religii jest kulawa, a religia bez nauki jest ślepa” i to zdanie mogłoby posłużyć za cały tekst kuratorski wystawy Sokolovskiego. Nauka ma swoje źródło w tęsknocie za zrozumieniem i za prawdą, a to jest fundamentem dowolnej postawy religijnej, amen.

sztuka-sakralna-sztuka-neosakralna-krzysztof-sokolovski

Ołtarz i ikony w mniejszej sali

Na ołtarz wynieśmy sam ołtarz. Święta sztuka sakralna

Efektem małżeństwa tych dwóch obszarów, nauki i religii, są ikony Sokolovskiego, tworzone w systemie binarnym, ponieważ zawsze bazują na parze komponentów: tradycji i współczesności. Sokolovski szuka takiej formy wyrazu, która pasuje do naszych insta-czasów, do wrażliwości oraz stanu wiedzy człowieka drugiej dekady XXI wieku. Dlatego aktualizuje, uwspółcześnia sztukę sakralną, stąd dodanie do nazwy członu „neo”; aż dziw, że nikt przed nim nie wymyślił tego, tak przydatnego, terminu.

oltarz-krzysztof-sokolovski

Jedna praca, dwa efekty, czyli podwójny urok ołtarza

Jednak apdejt omija samą technologię, jako że artysta kontynuuje szlachetną szkołę pisania ikon. Jego prace powstają w sposób tradycyjny na sezonowanej solidnej desce lipowej, a ołtarze mają wstawki dębowe, dzięki czemu są bardzo trwałe. Sokolovski maluje ikony starą techniką tempery i jako lewkas, czyli grunt, stosuje mieszanką kleju z kredą. Jednak o ile w przypadku tradycyjnych obiektów lewkas, jako warstwa ukryta pod malowidłem, jest niewidoczny, u niego zostaje wyciągnięty na pierwszy plan i staje się ustrukturyzowanym i znaczącym elementem ikony. Dekonstrukcja klasycznej formy polega również na tym, że Sokolovski całkowicie rezygnuje z figuratywności. Podobizny przedstawienia Jezusa, Marii i itd. występuje równie często, co rozmiar M na wyprzedażach w Zarze, czyli w ogóle. Artysta wyrzuca z ikon figuratywność, bo to właśnie układy nieprzedstawiające mogą ukazać budowę oraz kompozycję ikon, których „rdzeń” staje się jednym z głównych zagadnień poruszanych przez Sokolovskiego.

Ikony i ikona, która nie jest ikoną oraz sztuka, która jest sakralna

sztuka-sakralna-ikona-krzysztof-sokolovski

Jeden z nielicznych kwadratowych obiektów

Mówiąc o jego minimalistycznych i abstrakcyjnych ikonach zazwyczaj w ramach poprzedników przywołuje się Jerzego Nowosielskiego oraz – przede wszystkim – Kazimierza Malewicza. „Czarny kwadrat na białym tle”, który, choć nie był ikoną, podczas premiery na wystawie w Petersburgu w 1915 roku został umieszczony wysoko w rogu sali, a więc w miejscu, które w prawosławnych domach było zarezerwowane dla ikony. Przyznam, że gdy oglądałam ten obraz na gigantycznej wystawie Malewicza w Tate Modern w Londynie w 2014 roku, mniej myślałam o inspiracjach ikonicznych, a więcej o poszukiwaniach nowej formy wyrazu, tym bardziej, że w sali leciało „Zwycięstwo nad słońcem” Michaiła Matiuszyna, futurystyczna opera z 1913 roku. A autorem scenografii i kostiumów był Malewicz, i to właśnie wtedy narodził się czarny kwadrat na białym tle, de facto projekt… kurtyny!

Libretto stanowiło liryka pozarozumowa, czyli było napisane w zaumie, pozbawionym sensu i kontekstu języku stworzonym przez Wielemira Chlebnikowa i Aleksego Kruczenycha. Malewicz, zachęcony tak udanym eksperymentem kolegów-futurystów, poszedł za ciosem i wymyślił suprematyzm – język malarski składający się wyłącznie z kształtów i kolorów. I żeby pokazać, że „Czarny kwadrat na białym tle” jako symbol nowego stylu ma znaczenie największe na świecie, umieścił go w symbolicznym „świętym” miejscu każdego prawilnego, piotrogradzkiego habitatu.

ikona-i-oltarz-krzysztof-sokolovski

„Mikroskopowa definicja temperatury w modelu gazu doskonałego”, czyli ikona z wzorami z fizyki, która z marszu powinna trafić do mnie, bo przecież widnieją na niej moje inicjały (kT)!

Sztuka sakralna to nie fast-food, że skonsumujesz w sekundę i wyplujesz

Tak jak Malewicz poszukiwał nowej formy wyrazu odpowiadającej jego czasom, tak samo dziś robi to Sokolovski. Współcześni ludzie potrzebują innego, świeżego języka ikonicznego, bo nie potrafią już czytać w dawnym: ikony są dla nich niezrozumiałe, hermetyczne, a więc – przestarzałe i obce. Dlatego artysta je aktualizuje, wzbogacając o nauki ścisłe.

sztuka-sakralna-sztuka-neosakralna-krzysztof-sokolovski

A tak “Wieloświat” wygląda z boku

Sztuka neosakralna Sokolovskiego przypomina mi namalowane przez Jana Opalińskiego kabalistyczno-astrologiczne karty tarota magów Jana Witolda Suligi. Na nich również w odróżnieniu od swoich tradycyjnych poprzedników ukrytych jest wiele dodatkowych i niewidocznych na pierwszy rzut oka symboli planet, znaków zodiaku itd., które rozszerzają znaczenie poszczególnych arkanów. Ikony Sokolovskiego, tak jak i tarot magów, zachęcają do przebywania z nimi, niespiesznego i wnikliwego oglądania, wchłaniania każdego szczegółu, bo żaden z elementów nie pełni czysto dekoracyjnej funkcji. Jego prace to nie menu w KFC, że ogarniesz je w minutę, wymagają też odpalenia większej liczby funkcji poznawczych niż zamówienie Uberka.

Nie ma sztuki bez nauki. Sztuka sakralna Krzysztof Sokolovskiego

Tym samym obiekty Sokoloveskiego są mocno snobistyczne, gdyż większość symboli odczytają jedynie wybrani. O ile w tradycyjnych ikonach umieszczenie napisów miało ułatwić rozpoznanie, kto jest na nich przedstawiony, to w neoikonach umieszczenie stylizowanych graficznie wzorów z fizyki albo namalowanie cząsteczek gazu czy też form przypominających mitochondria niczego nie ułatwia, bo większość widzów, w przeciwieństwie do artysty, nie ma wykształcenia inżynierskiego.  I wzory te są dla nich mniej więcej tak samo zrozumiałe jak czytanie psałterza w staro-cerkiewno-słowiańskim.

sztuka-sakralna-ikona-krzysztof-sokolovski.

Kolejny z serii “Bytów”, czyli “Byt subtelny kolekcji”

A Sokolovski wszystkie elementy związane z matematyką, fizyką, biologią i tak dalej wplata zarówno w warstwę wizualną ikon, jak i w ich tytuły. Jednak tytuły takie jak  „Mikroskopowa definicja temperatury w modelu gazu doskonałego” są rzadkością, większość prac nazywa się po prostu „Abstrakcja sakralna”. Pojawiają się również tytuły bardziej religijne („Czterech Ewangelistów”, “Nowe Przymierze”), a pomiędzy nimi mieści się, np. „Abstrakcja sakralna z ornamentem planetarnym”, doskonale pokazująca amalgamat religijno-naukowy artysty. Jednak moimi faworytami są prace nazwane „Czas/Ruch”, „Wieloświat” czy – crème de la crème – „Początek czasu” lub „Stworzenie Świata”.

Podczas wernisażu cały czas brzęczała mi w głowie myśl, że gdyby Martin Heidegger umiał malować i zamiast pisać swój egzystencjalny bestseller „Bycie i czas” po prostu by go namalował, to mógłby wyglądać jak ikony Sokolovskiego, a rzesze studentów kierunków humanistycznych odsapnęłyby z ulgą, że już nie muszą czytać tego opasłego tomiszcza.

Sztuka sakralna, czyli święta sztuka (medytacji)

Kiedyś kolega mnie zapytał, czy wolę, jak sztuka jest piękna, czy ciekawa, a ja odpowiedziałam, że wolę, jak sztuka jest; po minie widziałam, że kolega nie wchłonął mojej myśli. I z pracami Sokolovskiego jest tak samo, one po prostu – albo: aż – są. Są piękne, jako przedmioty, są ciekawe, jako szarady intelektualno-emocjonalne i są wciągające, jako małe wszechświaty transcendencji.

wernisazeria-wernisazeria-wernisaz-wystawy-krzysztofa-sokolovskiego-sztuka neosakralna-galeria-bohema

Ja przy moim ulubionym ołtarzu, który ustawiłam zgodnie z fizyką kwantową: jest jednocześnie i otwarty, i zamknięty

Poprzez wpuszczenie nauki, rezygnację z bizantyjskiego przepychu i figuratywności, uproszczenie i geometryzację kompozycji, ograniczenie kolorów głównie do czerni, bieli, brązu, złota, Sokolovski proponuje nowy, abstrakcyjny język malarstwa sakralnego, który jest na tyle uniwersalny, że – niczym mandala – wycisza, koi i zachęca do kontemplacji.

Prace Sokolovskiego są mistyczne i głębokie w najbardziej fundamentalnym sensie, pozwalają osiągnąć stan  spokoju, harmonii i przynależności do jakiejś znacznie większej i trwalszej całości niż licząca 2,271 miliarda użytkowników wspólnota fejsa. I oferują ten feeling za free, nie kupisz go w ramach kursu kolejnego  guru/kołcza/mistrza/mówcy/trenera/nauczyciela/przewodnika/eksperta od przeżycia twojego życia, którego cennik zaczyna się od 3 tysięcy euroszy za samo uruchomienie aparatu mownego. Nawet jeden ołtarz ma tytuł „Nie patrz, nie słuchaj, nie mów” – toż to mindfulness w pigułce, po prostu bądź tu i teraz!

***

wernisaz-wystawy-krzysztofa-sokolovskiego-sztuka-neosakralna-galeria-bohema

Właścicieli galerii Adam Łuczak i Iwona Pleskot, Krzysztof Sokolovski, ja oraz artysta Paweł Wocial

Bardzo lubię wernisaże w Galerii Bohema, bo Iwonka Pleskot i Adam Łuczak mają nosa do wystawiania niezmiernie zróżnicowanych, ale równie ciekawych, prac. Tym razem nie mogę wypowiedzieć się na temat gości, ponieważ przez to, że leciałam prosto z Muzeum Sztuki Nowoczesnej (wystawa “Farba znaczy krew”) przybyłam bardzo późno i na miejscu, oprócz galerzystów, rzecz oczywista, zastałam zaledwie kilkoro oglądających. Nie zmienia to faktu, że i tak było świetnie, bo raz, że zostało pyszne wino, dwa – lepsze mniejsze i dobre towarzystwo niż duże i byle jakie (tak samo jest zresztą z potrawami, lepsze coś małego i smacznego niż wielkiego i niezjadliwego), a trzy – prace Sokolovskiego wymagają skupienia, więc cieszyłam się, że wyjątkowo wokół mnie nie kursują  elektrony rozpraszaczy.

Był jeszcze czwarty powód, aktualny nieomal we wszystkich galeriach w Warszawie, gdy temperatura na zewnętrzu dawno już wzgardziła trzydziestą kreską i galopuje dalej: dzięki temu, że było prawie pusto, można było oddychać. Nie tylko sztuką, lecz przede wszystkim  tak niemodnie, bo dosłownie – powietrzem.

1 komentarz

Zobacz też

Napisz komentarz

Wernisażeria, oprócz wernisaży i wina, potrzebuje ciasteczek. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko ciasteczkom. Zgadzam się Więcej