Strona główna Felietony wernisażowe Niesamowitość i koszmar w malarstwie

Niesamowitość i koszmar w malarstwie

Wernisażeria
2 komentarze
niesamowitosc-i-koszmar-w-malarstwie-wernisaz-wystawy-magdaleny-cybulskiej-moja-skora-xanadu-galeria

Niesamowitość Freuda, weird fiction w sztuce i koszmar w malarstwie.

Wernisaż wystawy Magdaleny Cybulskiej “Moja skóra”, Xanadu Galeria i Dom Aukcyjny.

Felieton zaczęłam dwa tygodnie temu, siedząc na słonecznym tarasie w Jastarni i patrząc na zatokę. Jednak prace Magdy Cybulskiej to nie krem Nivea, że pasują do wszystkiego. Pisanie na tematy takie jak niesamowitość i koszmar w malarstwie w koktajlowych warunkach jest jak oglądanie horroru „Ring” na hawajskiej plaży, jedzenie sushi na lodowcu albo pójście na „Jezioro łabędzie” w kolczudze i kroksach. Felieton wernisażowy powstał, gdy nastała ciemność i syberyjskie chłody, czyli dwadzieścia stopni na plusie.  

Xanadu Galeria i Dom Aukcyjny mieści się w zabytkowym kompleksie budynków pofabrycznych, który przez lata, gdy mieszkałam przy Wilczej, był moim „sąsiadem”. Zbudowano go w 1896 roku jako przyszłą destylarnię wódek braci Karszo-Siedlewskich, którą nigdy się nie stał. Najpierw przeszedł na własność Akcyjnego Warszawskiego Towarzystwa Artystyczno-Wydawniczego, po I wojnie światowej na trzy miesiące trafił do innego towarzystwa, bo Towarzystwa Akcyjnego Fabryki Papierosów “Patria”,  a następnie właścicielem zostało trzecie towarzystwo, czyli Warszawskie Towarzystwo Mleczarskie (później znane jako Związek Spółdzielni Mleczarskich i Jajczarskich).  W czasie II wojny światowej przy Hożej 51 mieściła się Placówka AK „Jajczarnia” (wiadomo, skąd nazwa), największa wytwórnia broni dla Powstańców Warszawskich oraz jedyna działająca elektrownia polowa.

Po wojnie nabiałową imprezę kontynuowano aż do 2010 roku, gdy zamknięto Fabrykę Serków Topionych SERWAR. Obecnie na terenie znajduje się showroom, lodziarnia, sklep ze skarpetami, studio fotograficzne, studio tatuażu, ściana wspinaczkowa z kawiarnią, a w budynku w głębi –  galeria Xanadu.

Malarstwo Magdy Cybluskiej: strasznie ładne koszmary

Zawsze mówię, że sztuka to nie cheerleaderka i nie musi być ani ładna, ani miła. I prace Magdy Cybulskiej, jeśli miałyby machać jakimiś pomponami, to wyłącznie takimi z kiru żałobnego! One są jak utkane z mary sennej, koreańskiego horroru, mrocznej baśni dla dorosłych, powieści Grahama Mastertona, egipskich bogów, najstraszniejszych archetypów, wiktoriańskiej makabry i lejtmotywów brzęczących jak grzechotka zrobiona z oczu sowy!

Powiedziałam Magdzie, że kiedyś byłam w Paryżu w Halle Saint-Pierre na wystawie „HEY! modern art & pop culture Part II”, przedstawiającej ponad sto lat (!) okropności oraz psychodelicznych kuriozów w sztuce i tam bym ją widziała. W jednej z sal znajdował się makabryczny dywan z „ludzkiej” skóry (łącznie z głową), czyli “Of Genuine Contemporary Beast” Renata Garzy Cervery, więc za każdym razem, gdy w tytule jakiejś wystawy pojawia się wyraz „skóra”, myślę o tamtej, a o samej wystawie wspominałam w felietonie wernisażowym “Sztuka cyfrowa i pop-art w sztuce” przy okazji wernisażu wystawy Petrusa Wandreya „Digitalism”, Muzeum im. Bolesława Biegasa w Warszawie

Mizerne kilka milimetrów skóry jest naturalną barierą, granicą tożsamości: oddziela wnętrze każdego z nas od świata zewnętrznego, ja od nie-ja, mnie od wszystkiego. Jest jasne jak wnętrze skandi, że skóra pełni funkcję ochronną i separującą, ale pytanie kogo (co) chroni przed czym (kim)? Nas przed światem,czy świat przed nami? Czy skóra broni nas przed zewnętrznymi demonami czy raczej trzyma w ryzach nasze wewnętrzne demony? To skóra oddziela sen, coś ekstremalnie intymnego, wsobnego, od jawy, sfery dostępnej dla wszystkich, przynajmniej w przypadku co przytomniejszych ziomeczków.

A Magda swoje sno-koszmary wyciąga przez skórę i rzuca je na płótno. Jej prace są bardzo osobiste, bo jakie mają być, skoro sama je wyśniła, stąd też nie dziwi mnie spora liczba autoportretów. Po pierwsze we śnie zazwyczaj pojawia się postać śniącego, a po drugie autoportret jest najbardziej osobistą formą wyrazu, wizualną bielizną.

Motywy krążą wytrwale jak kelnerka na pierwszej zmianie

Koszmar w malarstwie funkcjonuje w różnych stylach i konwencjach. Piękne koszmarki Cybulskiej są bardzo surowe w formie i palecie barw, jak opętane trzymają się  określonej liczby zimnych, zgaszonych, nieinwazyjnych szarości, odcieni niebieskiego i dużej ilości czerni. W tej mniszej ascezie i graficznym wyrazie są mocno japońskie, co potęguje przewijająca się w autoportretach fryzura artystki.

Wystawa Magdy, na którą składają się obrazy plus wideo o onirycznym spacerze, jest akademicka w pozytywnym znaczeniu: bardzo spójna i przemyślana zarówno pod względem kolorystycznym, jak i – poprzez motywy powracające jak natrętna mucha albo koszmar śniony kilka nocy z rzędu – kompozycyjnym.

niesamowitosc-i-koszmar-w-malarstwie-magdalena-cybulska

“Kosmiczne mrowisko” oraz “Śmierć kosmonauty”. Czy dla Was to nie jest dyptyk?

Powtarzalność motywów może doprowadzić do kompromitacji. Mojej. Zaintrygował mnie dyptyk, który tworzą „Kosmiczne mrowisko” oraz „Śmierć kosmonauty”. Pierwszy obraz przedstawia astronautę oraz znajdujące się za nim monstrualne mrowisko, drugi – unoszący się w próżni jego hełm. Pomyślałam, że eksplorowanie wszechświata skończyło się zeżarciem przez marsjańskie mrówy! Po czym okazało się, że istocie to nie jest dyptyk, lecz… dwa oddzielne obrazy, jedynie powieszone koło siebie! Jednak człowiek jest istotą narracyjną i tworzy opowieści nawet tam, gdzie one nie występują. Uparcie doszukuje się przyczyny i skutku jak dewotka Matki Boskiej w plamie Ludwika na mytej szybie.

Te krążące jak nocne motyle motywy to m. in. dziewczynka, psowata istota („Legion”, „Kiwi”, „Czarny pies”), postać mnicha albo archetyp mędrca/kapłana („Porwanie”, „Porwanie 2”, „Spacer”) czy wyglądająca jak kawał szynki pozbawiona twarzy istota z długim ogonem („Z cyklu moja skóra”, „Autoportet w futrze”). Na ostatnim obrazie postać artystki wygląda z paszczy stwora. I znów: czy ją chroni, czy ją zjadł? Jeśli stwór jest metaforą lęku, to znaczy, że zjadł ją własny lęk, który pokona na innym obrazie („Oswojony”).

niesamowitosc-i-koszmar-w-malarstwie-magdalena-cybulska-moja-skora

Obrazy z cyklu “Porwanie”, gdzieś za nimi powiewa Zdzisław Beksiński

Zresztą tkwienie w środku również jest motywem w twórczości Cybulskiej i nie wiadomo, czy symbolizuje uwięzienie, czy schronienie. Jeden rabin powie tak, drugi powie nie i trudno stwierdzić, czy obraz jest pozytywny, czy negatywny. „Czarny pies, biały pies” chyba najlepiej ukazuje tę niejednoznaczność: czy ciemne zwierzę zjada jasne, czy je  – jak Magda swoje sny – wyrzuca na zewnątrz?

Wilgefortis była gender, zanim stało się to modne

Cud-aczne oraz cud-owne prace Cybulskiej są jak cyrk osobliwości, nie chcesz, a patrzysz, a im dłużej patrzysz, tym bardziej cię to nęci i frapuje. Są dziwne jak dwugłowe cielę, uczciwy polityk czy kobieta z brodą, która zresztą pojawia się na sinoniebieskim obrazie “Wilgefortis”.

 

niesamowitosc-wilgefortis-magdaleny-cybulskiej

Ocenzurowałam “Wilgenfortis”, bo nie wiem, czy wówczas nie będę musiała ustawić strony Wernisażerii jako 18+. Ktoś ma jakiś pomysł?

W oryginale Wilgefortis to nie ukrzyżowany Jezus w sukience, lecz popularna w średniowieczu postać z legendy. Zgodnie z nią bogobojna królewna nie chce wyjść za mąż za poganina i modli się o ratunek. Niebiesia jej wysłuchują i następnego dnia królewna budzi się z brodą, która skutecznie odstrasza lecącego na wygląd amanta, a za ten numer król krzyżuje córkę.

Jej imię pochodzi od łac. virgo fortis, dosł. Silna (albo Dzielna) Dziewica, ale dama-marzenie barbera jest również znana jako Kumernis, Kummernis, Święta Liberata, Uncumber, Ontkommer, Starostka oraz Frasobliwa, to się dopiero nazywa światowa kariera!

W XV i XVI wieku wizerunki brodatej damy robiły furorę, zdobiły kościoły i kaplice, malowali je tacy artyści jak Hans Memling („Tryptyk Adriaana Reinsa)” czy Hieronim Bosch („Tryptyk Św. Wilgefortis”). Dzielna Dziewica w 1586 uznano za świętą, ale ponad 4 wieki później (!!) wyleciała z Martyrologium Rzymskiego, oficjalnego spisu hagiograficznego. Ach, te gendery!

Wizerunek Świętej-Nieświętej widziałam tyle razy, co wygodne szpilki, czyli raz: w Pradze, w sanktuarium loretańskim na Hradczanach. W Polsce Wilgefortis można spotkać w kapliczce w Wambierzycach na Dolnym Śląsku lub – opcja B jak “bezwycieczkowa” – w powieści „Dom dzienny, dom nocny” Olgi Tokarczuk. Wilgefortis jest patronką nieszczęśliwie zamężnych kobiet, jednak z wniesieniem pozwu rozwodowego jest mniej ambarasu niż z wymodleniem sobie końca małżeństwa.

Weird fiction albo: taaaaaaka ryba, czyli opowieści dziwnej treści

Broda powraca w autoportrecie z zarostem, motyw ten, jak i inne, w malarstwie Magdy powtarza się niczym przerażający wierszyk w serii o Freddym Kruegerze („Raz, dwa – Freddy już cię ma; trzy, cztery – poszukaj siekiery; pięć, sześć – krucyfiks weź; siedem, osiem – myśl o swoim losie…”), jak modlitwa, która nie wiadomo przed czym – i czy w ogóle – ma chronić. Chociaż te prace nie są do końca mroczne, jednak nie można o nich powiedzieć, że wyciszają niczym solidne wiadro matchy, bo pod powierzchnią każdej z niej znajduje się coś niepokojącego, jak ze świata Chtulu.

H. P. Lovecraft spopularyzował termin weird fiction Sheridana Le Fanu (to ten od wiktoriańskiego hiciora o Carmilli, wampirze-lesbijce, czym wobec tego jest “Zmierzch”, saga dla współczesnych pensjonarek?), który idealnie, jak rioja do dziczyzny, pasuje do pisania o obrazach Cybulskiej. Weird fiction, czyli dziwaczna fikcja, łączy cechy horroru, fantasy i science-fiction ze zjawiskami równie niewytłumaczalnymi, co szybkie znikanie pad-thaia z talerza, ze  złowieszczą i pełną lęku atmosferą, którą wprowadza chaos u odbiorcy, co też robią obrazy Cybulskiej.

niesamowitosc-i-koszmar-w-malarstwie-weird-fiction

Kolejny autoportret Cybulskiej oraz “Gorączka”. O upiornych czerwonych bucikach pisał już Hans Christian Andersen.

Polski odpowiednik weird fiction, czyli opowieść niesamowita, ma tę zaletę, że podkreśla aspekt niesamowitości, całkowicie nieobecny w angielskim oryginale.

Niesamowitość i niesamowity pan Freud

„Niesamowity” to obecnie wspaniały, cudowny, wow i insta-friendly, ale pierwotnie przymiotnik ten był związany z czymś paranormalnym, rodem z Archiwum X. Zygmunt Freud w genialnym eseju o niesamowitości definiują ją jako coś tajemniczego, wywołującego niepokój poprzez nagle odkryte poczucie inności w rzeczach albo zjawiskach, które dobrze znamy. I nie, źle układające się włosy do nich nie należą.

„Niesamowity” pochodzi od rdzenia „sam”; niesamowity to nie (ten) sam, czyli inny; inny, a więc obcy. Niesamowitość Freuda różni się od niesamowitości Lovecrafta owym uczuciem, że coś znanego, oswojonego nagle zaczyna jawić się jako coś obcego, groźnego, nieoswojonego (ten sam rdzeń „swój”/ „sam”). Natrafiając na coś niesamowitego zaczynamy się czuć nie-swojo (ponownie rdzeń „swój”/ „sam”), nie-sobą, Od tej pory za każdym razem, gdy będziecie oglądać porządny horror, jeden podskok na fotelu dedykujcie papie Zigiemu.

Z Freudem całkowicie nie zgadza się poeta Fernando Pessoa: uważa, że „Niesamowita rzeczywistość rzeczy”, jak nazywa się jeden z jego wierszy, polega na czymś przeciwnym –niesamowite w rzeczach jest to, że są one tym, czym są i niczym więcej, finito.

U Cybulskiej nie ma tak lekko: rzeczy zawsze są czymś innym, niż się wydaje, i jakby był mało, to są wieloma różnymi, bliżej niesprecyzowanymi rzeczami naraz. Albo jeszcze inaczej: zgodnie z Freudem niesamowite, czyli zwykłe, przedmioty budzą grozę, a obrazy Magdy zioną grozą, chociaż nawet nie ma nich tych zwykłych przedmiotów; w sumie poza autoportretami i dziwnymi istotami na jej obrazach nic nie ma. Wszystko dynda poza czasem i miejscem, a jedyna przestrzeń, jaka się pojawia, to przestrzeń pozaziemska – kosmiczna; bo kosmos oznacza też coś zupełnie innego, nieznanego, budzącego niepokój, a więc – ponownie – niesamowitego. Niesamowite to wszystko!

Koszmar w malarstwie i gorsze potwory niż u Francisca Goi

Strach rodzi się w głowie, w wyobraźni, w sennych obrazach, „gdy rozum śpi, budzą się demony”. Patrząc na pozbawione fizjonomii istoty z prac Cybulskiej, zastanawiam się, czy jeśli nie mają twarzy (jak w „Mao”, rozpoznawalnym dzięki charakterystycznej koafiurze), czy wręcz głowy (jak w „Dziewczynce”), to czy wówczas strach nie ma gdzie powstawać?  U Cybulskiej jest cały hufiec beztwarzowców, które są tak demoniczne, jak nieokreślone. Artystka wpisuje się w szacowną jak tweed tradycję przedstawiania snów oraz demonów, zarówno tych wyśnionych, jak i pojawiających się w trakcie snu. Jednak jej obrazy nie mają nic wspólnego z postacią, która śni (w przeciwieństwie na przykład do Jadzi ze „Snu” Henriego Rousseau), one po prostu są snami, bo to z nich, zza skóry Magdy, się wyłoniły.

wernisaz-wystawy-magdaleny-cybulskiej-moja-skora-xanadu-galeria

Autoportret artystki oraz trzy istoty w sali, nie licząc psa

Pierwszy obraz, który przychodzi na myśl w kontekście koszmarów w malarstwie, to „Nocna mara” Johanna Heinricha Füssliego, z kopyta inicjująca romantyzm. Z oświeceniem kończy się moda na suknie poleneski oraz rozum, nadchodzi rozegzaltowany romantyzm z duchami, demonami i spółką. W związku z tym na obrazie ląduje łypiący zza kotary diabolicznie wyszczerzony koń oraz siedzący na śpiącej kobiecie przerażający inkub, który patrzy widzowi prosto w oczy, jakby mówił: „widzę cię, tak jak ty wreszcie widzisz mnie”.

Füssli tak to sprytnie przedstawił, że do końca nie wiadomo, czy ów demon pojawia się we śnie kobiety, jest przez nią śniony, czy też przychodzi podczas snu i wówczas istnieje “naprawdę”. A jak wiadomo z pism Ojców Kościoła, inkub nawiedza w snach kobiety i mężczyzn, nęcąc nieboraczków wizją dzikiego seksu, doprawdy, nie wiem, w jaki sposób miałoby mu się to udać. Inkubus to nie Święty Mikołaj, Święty Augustyn w „O państwie Bożym” mówi, że jest mnóstwo dowodów na jego istnienie, a Święty Tomasz tłumaczy, że inkub sam nie może zapłodnić damy (no coś takiego!), ale jest taki cwany, że najpierw przybiera postać jakieś kobiety, pobiera nasienie od jakiegoś mężczyzny (w jaki sposób – Święty nie wnika),  następnie śni się delikwentce i – tadam! – po nocy z inkubem budzi się w ciąży.

Nie trać głowy dla demona

Nic wiec dziwnego, że podczas premiery obrazu w 1782 roku w Londyńskiej Królewskiej Akademii roku nawykłe do oglądania pejzażyków i podniecających jak stare majty scen historycznych wygorsetowane damy hurtem mdlały, nie tyle z przerażenia, co raczej z podniecenia. To reprodukcję tego obraz powiesił w swoim gabinecie Freud.

koszmar-w-malarstwie-magdalena-cybulska-nocny-zwierz

Mam nadzieję, że mnie google nie zablokuje za takich ekscesy

U Cybulskiej inkub nie pojawia się explicite, jednak na jednym obrazie znajduje się dziwny, czarny stwór o podobnych zapędach. „Nocny zwierz”, włochaty jak Yeti, klęczy nad leżącą pod nim na brzuchu nagą dziewczyną (kolejny autoportret) i widz może się tylko domyślać, co się za chwilę będzie działo.

W “Legionie” zostaje przywołany kolejny siarkowy dżentelmen – Legion to mocno fraktalny demon, który składa się z mnóstwa pomniejszych demonów. Na obrazie jest dziewczyna w szerokiej, czarnej, wiktoriańskiej sukni, która siedzi na powtarzającym się w pracach artystki psowatym zwierzęciu, i podobnie jak postać „Dziewczynki” jest pozbawiona głowy.

Jednak o ile u „Dziewczynki” zamiast głowy widnieją ostre linie, kształtem przypominającym długie, cienkie igły, to w przypadku drugiej pracy w miejscu głowy zupełnie nic nie ma.

koszmar-w-malarstwie-magdalena-cybulska

“Dziewczynka” oraz “Legion”, czyli moje dwa ulubione bezgłowowe obrazy.

Prawdziwych przyjaciół poznasz po flakonie

Sponsor dzisiejszego felietonu, Freud, uważa, że sny przetwarzają takie symbole, które nie budzą niepokoju i tym samym pozwalają uświadomić sobie nieuświadomione. Innymi słowy: co niewyśnione, to nieuświadomione.

Jak to bywa, gdy hoduje się żmiję na własnym, psychoanalitycznym łonie, z nauczycielem kłóci się uczeń, czyli Karol Gustaw Jung. Hola, hola, Zygi, to wcale nie jest tak, symbole nie są indywidualne, tylko ponadkulturowe i wszystkim ludziom na świecie śnią się te same archetypy (wzorce postaci, sytuacji, motywy, symbole itp.). Wśród nich można wyróżnić, np. – jak u Magdy – archetyp wędrowca, mędrca, potwora (te wszystkie mnichy i inne stworki-potworki), ale też i archetyp maski.

niesamowitosc-magdalena-cybulska-glowa-antoniego-z-flakonu

“Głowa Antoniego z flakonu”,
czyli ktoś maluje realistyczne portrety przyjaciół,
by ktoś inny mógł mieć o nich takie sny

Faktycznie jej wizje czerpią z rezerwuaru różnych kultur: „Głowa Antoniego z flakonu” wygląda jak wydobywający się z lampy dżin, owłosiony potwór przypomina Yeti, a brodata dama wywodzi się z Portugalii. Dlatego uniwersalne i archetypiczne obrazy Magdy są o wiele bardziej globalne, niż lokalne. Bazują na niedomówieniach, dusznych skojarzeniach, na pierwotnym lęku, co kryje się w ciemnościach, pod łóżkiem albo w dawno nieotwieranej szafie. To, co nas przeraża, to nie rzeczywistość, ale wyobraźnia, a tą artystka umie poruszać jak nowy model ajfona wyznawcami św. jabłka.

Gdyby przepuścić jej obrazy przez dyskurs psychoanalityczny, dopiero wyszedłby ciekawy felieton, jednak na tak intymne babranie się w bebechach trzeba mieć pozwolenie. Niech Magda sama się obnaża, ja nie muszę tego robić, bo obrazy mówią za nas dwie razem wzięte.

***

Wernisazeria-wernisaz-wystawy-magdaleny-cybulskiej-moja-skora-xanadu-galeria

Magda Cybulska, jej autoportret oraz ja

W Xanadu jest zawsze elegancko, tak jak lubię, a w tle sączy się delikatna muzyka i zawsze serwowane jest naprawdę świetne wino, ostatnio od Składu Win. Galeria jak na standardy warszawskie jest wręcz gigantyczna. Mimo braku okien nie mam napadu paniki i, co dla mnie szczególnie istotne po wernisażowej traumie w Galerii Wizytującej, Xanadu ma wzorcowe oświetlenie. Jasne, nieoślepiające, nie ma żadnych koszmarnych plam cieni, dzięki czemu komfortowo wchłania się prace oraz robi świetne zdjęcia.

Chociaż w Xanadu zawsze jest dużo ludzi i sporo znajomych, tym razem było mniej gości, może to i dobrze. Było za to więcej koszmarnie dobrej sztuki.


2 komentarze
0

Zobacz też

2 komentarze

Bosiu 28 października 2019 - 10:40 pm

Nie da się zrobić grzechotki z oczu sowy..

Odpowiedz
Wernisażeria 29 października 2019 - 9:35 am

Julia, dzięki za wyłapanie najważniejszej rzeczy w tym felietonie wernisażowym! Ale więcej nie próbuj sama w domu robić grzechotek z oczu sowy, bo to jest metafora rodem z Mastertona.

Odpowiedz

Napisz komentarz

Wernisażeria, oprócz wernisaży i wina, potrzebuje ciasteczek. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko ciasteczkom. Zgadzam się Więcej