Strona główna Felietony wernisażowe Surrealizm i absurd w sztuce

Surrealizm i absurd w sztuce

Wernisażeria
0 komentarz
Surrealizm-i-absurd-w-sztuce-Wiktoria Walendzik-Please-game-end-me-

Świat na opak, czyli surrealizm, absurdyści i absurd w sztuce.

Wystawa Wiktorii Walendzik “Please somebody game end me”, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski.

Na otwarcie wystawy Wiktorii Walendzik  szłam z nastawieniem, że nic mnie nie zaskoczy. Opis “Please somebody game end me” w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski sugerował, że będzie to kolejna wystawa drepcząca dookoła nowych mediów, a tymczasem na miejscu zastałam wszystko, oprócz mediów. Wylądowałam na środku kuriozalnego placu zabaw. Czysty surrealizm i absurd w sztuce, brakowało jeszcze tylko wyskakującego z piaskownicy Szalonego Kapelusznika.

Wybudowanie Zamku Ujazdowskiego, po przeniesieniu stolicy z Krakowa, jest drugim powodem, dla którego Zygmunt III Waza ma w moim sercu swoją prywatną kolumnę. Uwielbiam przestrzeń CSW, bo nie ma nic przyjemniejszego od eksponowanie sztuki współczesnej w barokowo-klasycystycznym pałacu, a do jednego i drugiego mam słabość. Kontrapunkt sprawdza się nie tylko w sztuce, ale też w miejscu, w którym się ją eksponuje.

U-Jazdowski lubię też za jego żywą intermedialność, odwagę i oryginalność. Gdybym opisywała produkt handlowy biznesmenów z Kalisza, to powiedziałabym, że lubię jego „innowacyjność”. Ale że sztuka to nie kolanko hydrauliczne, to nie wypada używać tego określenia.

Nie takie rzeczy widziałem w internetach

W sieci krąży taki obrazek: na wernisażu grupa ludzi stoi przed wiszącym na ścianie obiektem. Ich mowa ciała wskazuje na zachwyt nad jego przewrotnością, ironicznością, wstawieniem w nowy, ożywczy kontekst i tak dalej w tym stylu. A owi ludzie patrzą na… gaśnicę. Zwykłą, czerwoną gaśnicę, która wisi przy drzwiach. I nie, ona nie jest ready-made, ona po prostu jest gaśnicą.

Wchodząc do sali w Zamku Ujazdowskim, pomna tego typu wygłupów poznawczych, wolałam zweryfikować, czy dobrze trafiłam. Bo ja, proszę Państwa, kompromitować to się mogę w sklepie z bielizną, nie w muzeum sztuki współczesnej! Widząc na miejscu A., mojego kolegę ze studiów, zapytałam go, czy to w tej sali jest wystawa Walendzik. A. potwierdził, łypiąc na mnie podejrzliwie.

Zawarte w tekście kuratorskim pytania retoryczne o możliwość “rzeźbienia internetu”, podkreślenia sieci jako źródła, a nawet zaczerpnięty z gry online Roblox tytuł wystawy, wyhodowały we mnie przekonanie, że będzie to kolejna impreza grająca z wytworami netu. Memy przeżuje i wypluje, amen. Co byłoby zabawne, bo dzień wcześniej byłam na mocno intermedianym wernisażu “Malarstwa jutubowego” Maćka Majewskiego w Lucca Art Galerry.

Obie wystawy miały podobny punkt wyjścia– przetworzenie zaczerpniętych z internetu obrazów. W przypadku Maćka była to zmiana z filmu na obraz: poszczególne fragmenty wideo stały się namalowanymi stop-klatkami.

Świat z drugiej strony lustra albo nie ogarniam tej kuwety

I czegoś podobnego spodziewałam się w CSW. A dostałam wszystko, tylko nie to. Lubię takie przewrotne wystawy i lubię absurd w sztuce. „Please somebody game end me” Wiktorii Walendzik to świat dziwaczny, świat na opak, świat z drugiej strony lustra.

Absurd-w-sztuce-Wiktoria Walendzik-Sfinks

„Sfinks”, Wiktoria Walendzik, „Please somebody game end me”, CSW Zamek Ujazdowski, Project Room

Na środku sali mieściła się typowa, podwórkowa piaskownica. W piaskownicy, jak sama nazwa wskazuje, znajduje się piasek, a z piasku zazwyczaj buduje się zamek. Jeśli piaskownica jest wielka jak Sahara, wówczas buduje się sfinksa. Wiktoria Walendzik postanowiła umieścić w swojej piaskownicy sfinksa, jedynie głowę faraona Chefrena zamieniła na współczesny, ogolony na łyso czerep. Lekko rozwarte usta i serdeczny, psychopatyczny wzrok dopełniają całości. Oczywiście od razu odżyła moja paryska trauma, czyli wielokrotnie już przywoływany na Wernisażerii dywan z „ludzkiej” skóry: rzeźba “Of Genuine Contemporary Beast” Renata Garzy Cervery.

Jeszcze dziwniejsze wrażenie niż sfinks-socjopata wywołała we mnie zbyt wysoka i zbyt stroma zardzewiała zjeżdżalnia. Zjeżdżalnia, z której, o ile się nie chce wylądować obunożnie w gipsie, nie można zjechać?  Przecież to absurd!

W sierpniu 2019 roku absurd w muzealnej sali nie jest niczym nowym. Zanim jednak rozsiadł się w sztuce, pojawił się w literaturze. Jego początki sięgają czasów, gdy w prasie królował przodek memów, czyli ilustracja satyryczna, a Pozytywizm dopiero wypychał z balu Romantyzm.

Surrealizm-Wiktoria-Walendzik-sfinks

Typowa sala muzeum sztuki współczesnej. Piaskownica ze sfinksem.

Narodziny absurdu: od teraz będzie tylko dziwniej i najdziwniej

W 1865 roku, oprócz opatentowania mydła w płynie (poważnie! zastrzegł je William Sheppard), miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, które w równym stopniu wstrząsnęło ludzkością. Wydano „Alicję w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla. A w rzeczywistości Charlesa Lutwidge’a Dodgsona, bo imię i nazwisko, które większość osób łączy z tą publikacją, jest po prostu szalenie chwytliwym pseudonimem. Jej nomen omen czar polega na tym, że z absurdu i grania logice na nosie zrobiła sens swojego istnienia. Oryginalny tytuł („Alice in Wonderland”), czyli „Alicja w Krainie Cudów” bądź „Dziwów”, mocniej eksponuje kuriozalność i nieprzewidywalność tego dziwacznego świata.

Na początku XX wieku moda na absurd eksplodowała, co nie powinno być zaskoczeniem. Z Belle Époque skończyła się pewna era, a po wybuchu I wojny światowej świat nie był już tym samym bezpiecznym miejscem. Stary porządek się nie sprawdził, w literaturze oraz sztuce zaczęto się buntować przeciwko konwencjom i realizmowi. Futuryści, potem dadaiści, aż w końcu surrealiści wyrzucili w diabły przewidywalność w pakiecie z logiką i szukali nowego języka artystycznego: nielogicznego, przypadkowego, niedorzecznego oraz na serio niepoważnego.

Kpina, groteska, absurd – to były kategorie, które przystawały do dawniej uporządkowanego, dostatniego świata, w którym jednak zdarzyło się niemożliwe – Wielka Wojna. Dlatego odtąd nawet najbardziej prozaiczny przedmiot świata, pisuar Marcela Duchampa, mógł zostać dziełem sztuki. Bo dlaczego by nie.

Absurd w sztuce: surrealizm i absurdyzm, czyli ten nonsens ma sens

Surrealizm bazuje na zaskoczeniu i nietypowych, dziwacznych zestawieniach. Najlepsze przykłady takich dziwacznych połączeń to “Telefon-homar” z 1936 roku Salvadora Dalego czy wyposażenie pirata w pigułce: damska nóżka w pończosze, papuga i mapy, czyli “Poetic object” (nie spotkałam się z polskim tłumaczeniem tytułu) Joana Miró z tego samego roku.

surrealizm-i-absurd-w-sztuce-Salvador-Dali-Joan-Miro

Surrealizm i absurd w sztuce: Salvador Dali, “Telefon-Homar”(fot. Tate Modern) i Joan Miro, “Object” (fot. MoMa)

Absurdyzm często łączy się z surrealizmem, co jest pewnym uproszczeniem, mimo wielu punktów wspólnych. Stek nie jest hamburgerem, chociaż i to, i to jest wołowiną. Różnicę między surrealizmem a absurdyzmem można sprowadzić do tego, że czerpiący ze snów i wizji surrealizm ma jakiś sens. Natomiast absurdyzmem ma zero sensu, jest czystym nonsensem. Andy Warhol powiedział, że jeśli wystarczająco długo będzie się patrzeć na jakąś rzeczy, straci ona jakiekolwiek znaczenie. I o to chodzi w absurdyzmie.

Absurd to coś niezgodnego z logiką, irracjonalnego, niemającego prawa istnieć jak flamingi używane jako kije do krykieta w Alicji w Krainie Czarów czy wielkie zielone jabłko w pokoju u René Magritte’a. W absurdzie nie da się uciec przed humorem, nie można być absurdalnym całkiem na serio, jednak zawsze jest to humor zaprawiony gorzką mądrością.

Egzystencjalizm: szukanie sensu nie ma sensu

W czasie II wojny światowej, a potem po Hiroszimie i Nagasaki próby wyjaśnienia i zracjonalizowania tej tragedii, która dotknęła setki milionów ludzi, sprawiły, że sens stracił podstawy istnienia. Bo w komorach gazowych nie da się dopatrzeć jakiegokolwiek sensu. Jednak zanim Martin Esslina w 1961 roku stworzy termin „teatr absurdu”, łączony później z Samuelem Beckettem, Tadeuszem Różewiczem czy Sławomirem Mróżkiem, nurt ten pojawił się u nas już przed I wojną światową!

Zaczynając od Romana Jawroskiego i jego „Opowieści maniaków” z 1910 roku, do których okładkę zrobił Witkacy, przez twórczość tego drugiego artysty, a na Witoldzie Gombrowiczu kończąc. Zresztą, jego „Iwona, księżniczka Burgunda” opublikowana tuż przed wojną, jest uważana za pierwszy przykład teatru absurdu, chociaż dramat wystawiono dopiero w 1957 roku. Jednak dla mnie znacznie późniejszy „Kosmos” Gombrowicza jest kwintesencją absurdyzmu.

Witold, główny bohater, za wszelką cenę usiłuje doszukać się logiki w zalewających go nieprawdopodobnych wydarzeniach. W wymyślaniu związków przyczynowo-skutkowych staje się po prostu śmieszny. Łączy rzeczy, które na zdrowy rozum nie mają prawa mieć ze sobą nic wspólnego, np. znaki na suficie z dyndającym na patyku wróblu. Doszukuje się tajemnych znaków, powiązań i ukrytego sensu. Prawie jak postać z książek Dana Browna.

To już Søren Kierkegaard, ojciec absurdyzmu, pisał, że absurd jest widoczny za każdym razem, gdy próbujemy przypisać sens wszechświatowi. No nie da się. Oczywiście tę pokrzepiającą myśl ekstremalnie rozwiną egzystencjaliści, zwłaszcza Albert Camus. Sens jest przereklamowany. Łatwiej żyć, jeśli zrozumiesz, że nigdy nic nie zrozumiesz. Nie tylko kobiety, bozonu Higgsa, ale w ogóle – wszystkiego. Prawda, że od razu lżej?

Ale absurd chyba najbardziej widoczny jest obecnie w sztuce współczesnej. Gdy myślę o najbardziej absurdalnych pracach, jakie widziałam na żywo, od razu przychodzą mi do głowy moje dwa ulubione przykłady pochodzące z tej samej wystawy w Centrum Pompidou w Paryżu w 2012 roku. Pierwszy to „Poufs Digestion” Matali Crasset (1998), czyli sofa oraz fotel zbudowane z ceratowych, stadionowo-robotniczych toreb w kratkę. Natomiast druga to „Giant Triple Mushroom Amanita muscaria” Carstena Höllera (2010), psychodeliczne muchomor.

Absurd-w-sztuce-Matala-Crasset-Poufs-Digestion-i-Carsten-Höller- Giant-Triple-Mushroom

Matali Crasset, “Poufs Digestion” oraz Carsten Höller, “Giant Triple Mushroom”, czyli dlaczego nieustannie kocham Centrum Pompidou

Nie wszystko, co głupie, jest głupie. Czasem głupie jest po prostu absurdalne

I „Please somebody game end me” Wiktorii Walendzik wpisuje się w nurt prac balansujących na granicy sensu, bezsensu i nonsensu, prac udziwnionych i zadziwiających odbiorcę. W Zamku Ujazdowskim na wystawie znajdowała się również stworzona ze skorodowanych prętów instalacja – wizerunek skulonej, biegnącej postaci, przypominającej dawne kreskówki. Jej duże uszy i czerwone spodenki kojarzą się Myszką Miki. Najlepsze było to, że cień postaci tworzył na podłodze coś w rodzaju szkicu, ciemniejszej kreski na jasnym tle, znosząc granicę między rzeźba a szkicem. Tym samym artystka odwraca tradycyjny proces, jakim jest rysowanie szkicu, a dopiero na jego podstawie tworzenie animacji albo rzeźby. U niej szkic powstaje jako rezultat istnienia finalnego etapu postaci. Znowu – wszystko na opak! Na tym filmie możecie zobaczyć, jak fascynująco wygląda na żywo “Miki” Wiktorii Walendziak.Od tej pory wszystkie materiały wideo uzupełniające felietony wernisażowe możecie oglądać na moim nowym kanale na You Tube!

Surrealizm-Wiktoria Walendzik-Miki

Genialny rysunkowo-rzeźbiarski “Miki” Wiktorii Walendzik

Najbardziej niejednoznaczne prace były ukryte tuż przy podłodze. Jedną z nich był nieodzowny atrybut codziennego miejskiego pejzażu, czyli gołąb, z którym również było coś nie tak. Otóż gołąb miał głowę włożoną w rynnę, co dawało mocno niepokojący efekt. Nie wiadomo było, czy do niej zaglądał, czy się w niej zaklinował i stoi tak od dłuższego czasu, a może już nie żyje. Jednocześnie wokół niego znajdował się lśniący, lekko brokatowy pył-nie pył. Było to na tyle nietypowe zestawienie, że zazwyczaj ptaki te nie kojarzą się z efektem glamour i wyrafinowaniem, a raczej z mało eleganckim przyozdabianiem ulic czy ławek w wiadomy sposób.

Surrealizm-Wiktoria Walendzik-Please-game=end me-Golab

Czysty surrealizm, czyli “Gołąb” tkwiący głową w rynnie w kącie sali w CSW Zamek Ujazdowski

Drugą tego typu mało widoczną pracą był piesek na motorze, wjeżdżający do ukrytego za ścianą kontaktu. U podstaw tej rzeźby leżał znaleziony w intrenecie mem „on my way to make bad decisions”, przedstawiający – jakżeby inaczej – jadącego na różowym skuterku psa w goglach i kasku.

Matematyka semantyczna: daj mi swoje znaczenie, a oddam ci je pięć razy większe

Wiktoria Walendzik zaanektowała elementy sali Project Roomu, które zazwyczaj pomija się podczas ekspozycji, traktuje jako niewidzialne i pozbawione znaczenia. Artystka zdecydowała się – ponownie – wywrócić do góry nogami konwencję i wciągnąć je w przestrzeń wystawy oraz zmienić ich funkcję z czysto użytkowej na artystyczną. Tym samym zwykły kontakt w ścianie staje się częścią instalacji, w którą wjeżdża piesek. Zostaje zniesiona granica między sztuką i nie sztuką, przestrzenią znaczącą (artystyczną) i przestrzenią nieznaczącą (użytkową). Sztuka zaraża obszar pomijany, znajdujący się dotąd poza nawiasem.

Absurd-w-sztuce-Wiktoria-Walendzik-Piesek-na-motorze.

Mała figurka przy kontakcie. “Piesek na motorze” Wiktorii Walendzik

Tematyka, którą poruszyła Wiktoria Walendzik, jest mi wyjątkowo bliska, ponieważ pojawia się ona wielokrotnie w Pawła Wociala i moich pracach. W instalacji „3 R” pokazywanej w ramach wystawy „Fetysz” w zeszłym roku w Poznaniu, punktem wyjścia zrobiliśmyy ścięte włosy, a więc obiekt, któremu zwyczajowo nie przypisujemy żadnego znaczenia. Pozwolicie więc, że tym razem zacytuję samą siebie, bo nie będę się parafrazować. To tak, jakbym mówiła o sobie w trzeciej osobie – Wernisażeria cytuje:

 

„Podczas procesu kreacji artystycznej, wychodząc poza obszar zwykłej przedmiotowości, [ścinki włosów] nabierają cech wyjątkowości (…) Zachodzący proces semantyzacji – desemantyzacji – resemantyzacji jest porównywalną z zasadą 3R: Reduce, Reuse, Recycle (…) następuje swoisty recycling znaczenia. Nadanie formy i znaczenia resztkom zmienia ich status ontologiczny, a ostatecznie i sposób interpretacji. Przedmiot bez nazwy, pozbawiony znaczenia zyskuje nowe znaczenie i zostaje przekształcony w dzieło sztuki”. I to samo robi Walendzik w swojej pracy: ogołaca z jakiekolwiek znaczenia zwykły biały kontakt, by następnie umieścić go w nowym kontekście artystycznym, tym samym traktując go już jako dzieło sztuki.

Oczekuj nieoczekiwanego…

Wiktoria Walendzik pobiera (dosłownie) z internetu obrazy, memy, zdjęcia z portali społecznościowych, które w trakcie digitalizacji utraciły swoją trójwymiarowość. Następnie, już po rekonfiguracji, przywraca je fizycznej przestrzeni, z której zostały zaczerpnięte. Jednak w trakcie tego procesu, drogi z przestrzeni analogowej (trójwymiarowej) do cyfrowej (dwuwymiarowej) i z powrotem do analogowej (trójwymiarowej) zachodzą pewne procesy. Dlatego obiekty te powracają w innej, udziwnionej formie, niby takie same, ale już nie te same. Mniej więcej jak przywrócone do życia dziecko w „Smętarzu zwierząt” Stephana Kinga – niby jest to samo, ale inne, zdecydowanie bardziej niesamowite, a “Niesamowitość i koszmar w malarstwie” to tematy, o których często piszę na Wernisażerii.

U Wiktorii Walendzik prace nie wywołują poczucia lęku czy niepokoju, a jedynie uczucie dziwności, jakiegoś przesunięcia. Okazują się się czymś innym, niż początkowo założyliśmy.

Jest taki piękny literaturoznawczy termin Hansa Roberta Jaussa „horyzont oczekiwań”. Można o nim mówić wówczas, gdy zarówno pisarz, jak i jego czytelnicy, funkcjonują w ramach tego samego systemu i znają reguły gry. Mówiąc prościej: to, co chce powiedzieć autor, pokrywa się z tym, czego oczekuje odbiorca. Wówczas oboje mogą przybić sobie piątkę. Gorzej, gdy mają zupełnie inne horyzonty oczekiwań. Trzymając się Jaussowskiej metafory gry, ujęłabym to w ten sposób: siadasz do szachownicy i zastanawiasz się nad otwarciem, a tu partner nagle wyciąga z kieszeni cztery karty i woła „kareta!”. Zdecydowanie gracie w coś innego.

…. i spodziewaj się niespodziewanego

Ponieważ jak wiadomo jestem zwolenniczką znoszenia granic i wypychania terminów czy koncepcji z ich prymarnej dziedziny (niech też opuszczą strefę komfortu, a co!), uważam, że „horyzont oczekiwań” fenomenalnie pasuje tam, gdzie można mówić o autorze, dziele i odbiorcy. Czyli wszędzie. A prace Wiktorii Walendzik mocno eksploatują ten rozjazd oczekiwań, zabawę z konwencją i przewidywalnością. Walendzik ugniata nasze „spodziewania” jak ciasto do pizzy, ale ostatecznie zamiast przyzwoitej capricciosy serwuje … bigos. Albo brownie.  Wszystko, tylko nie to, czego moglibyśmy się spodziewać po liście składników.

Internetowe zabiegi Wiktorii Walendzik przypominają prace archeologiczne. Artystka przekopuje internet w poszukiwania określonych artefaktów, które następnie kataloguje według tylko sobie znanego klucza. Jednocześnie skupia się na tym, co odstaje od normy, o ile za normę przyjmiemy wyniki w googlach, których byśmy się spodziewali. W przypadku piaskownicy byłby to zamek z piasku, gołębia – ptak drepczący po chodniku i tak dalej. Jednak Walendzik wybiera inne, nietypowe, dziwne, wywrócone do góry nogami wyniki. Obrazy, które w szeregu zwyczajowych skojarzeń majaczą gdzieś na szarym końcu.

Algorytm i błąd: czy błąd jest błędem?

W świecie Web 3.0 synonimem skojarzenia mógłby być algorytm. Jego najprostszą definicję można sprowadzić do obliczenia w określonym czasie danych wejściowych. Zgodnie z założeniem te same dane powinny dawać identyczny wynik (dane wyjściowe), jednak jak nauczył nas wujaszek google – jedyne, co w życiu jest przewidywalne, to nieprzewidywalność oraz to, że się spóźnisz na ostatnie metro.

Dlatego też w trakcie każdego procesu wprowadzenia danych niektóre wyniki są, delikatnie mówiąc, mocno zaskakujące. Prace Walendzik bazują na niedoskonałościach i błędach w systemie, są takimi „bugami” codzienności. Te błędy w logarytmie, przesunięcia, pozorne niedoskonałości (jako odbieganie od wzorca) są źródłem dziwności.

Co ja myślę o większości tekstów kuratorskich, każdy wie, a jak nie, niech nadrobi braki w trakcie lektury mojego manifestu. Kiedy podczas wystawy Wiktorii Walendzik “Please somebody game end me” zaczęłam czytać katalog, zwątpiłam. Pierwszych kilka linijek było egzemplifikacją moich największych koszmarów, lęków równie wielkich, jak ten, że na wernisażu zabraknie białego wina. Toż to był bełkot najczystszej krwi, jednocześnie na tyle uniwersalny, że pasował do każdej wystawy! To był wręcz paradygmat mówienia o niczym! Zaczęłam fukać na całą salę, gdy w kolejnym zdaniu okazało się, że to jest żart. Okazało się, że te zdania zostały wygenerowane przez algorytm na postawie tekstów kuratorskich CSW. Uff! Co nie zmienia faktu, że bardzo bym chciała zobaczyć ten algorytm, a także dowiedzieć się, kto go dla CSW napisał, bo to nie jest taka prosta sprawa.

Wernisazeria-i-Wiktoria-Walendzik-Please-game-end-m

Czytam katalog i własnym oczom nie wierzę…wystawa “Piesek na motorze”, Wiktoria Walendzik, „Please somebody game end me”, CSW Zamek Ujazdowski, Project Room

Tekst był gramatycznie poprawny i tyle. Mniej więcej jak słynne zdanie Noama Chomsky’ego z legendarnej już książki Syntactic Structures: „bezbarwne zielone idee wściekle śpią” – choć gramatycznie poprawne, jest pozbawione sensu. Jeśli zdania nie można sparafrazować, to znaczy, że jest z nim coś nie bardzo.

Ale czy takie wygenerowane zdania można traktować w kategoriach błędu, rozumianego jako odstępstwo od algorytmu? Z drugiej strony, czy błąd, usterka, skoro tak często się pojawia, nie jest częścią algorytmu? Czy dzieło sztuki można sprowadzić do algorytmu albo czy algorytm decyduje o dziele sztuki? Niezależnie od odpowiedzi, każda z prac Wiktorii Walendziak jest zbudowana według pewnego „błędu”. Każda instalacja jest jakaś „za”: za dziwna, za wyyso i na opak. Wkradają się błędy, należące do innego systemu. Są absurdalne. Ale bez tych błędów prace byłyby po prostu nudne jak wygenerowany automatycznie tekst kuratorski.

***

Wspominałam, że fascynuje mnie bryła Zamku Ujazdowskiego, dlatego uwielbiam tu wystawy. Szczególnie latem, gdy przestrzeń rozszerza się o ogród. I tak było tym razem. Po wyjściu z budynku ciąg dalszy rozmów, dyskusji, kłótni, small talków, big talków odbywał się już na trawie, a właściwie na wygodnych siedziskach albo przy wspólnym stole. Jego długość oraz prostokątność nieodparcie nasuwała mi skojarzenia z weselem. Dzięki bogom, tematy były zdecydowanie ciekawsze. Na miejscu było sporo znajomych, ale nie aż tak dużo, jak się spodziewałam (i rozjechane oczekiwania tego wieczora po raz dziesiąty!). Wiadomo: wakacje. Dla równowagi było dużo białego wina, a jako że znów się mogę nim raczyć, byłam przeszczęśliwa. Najbliższa wystawa w ramach w CSW już w październiku. Jestem jej potwornie ciekawa z narratologicznego punktu widzenia, bo w tytule pojawia się słowo „opowieści”, więc na pewno będę na jej otwarciu.

Wiktoria Walendzik-Please game end me-CSW Zamek Ujazdowski-Goscie

Dzięki temu, że prace były “poukrywane” przy podłodze, atmosfera na wystawie była stojąco-siedząca

Zobacz też

Napisz komentarz

Wernisażeria, oprócz wernisaży i wina, potrzebuje ciasteczek. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko ciasteczkom. Zgadzam się Więcej